ARTYKUŁY

Rozdział I - Wszystkie racje są po mojej stronie.

Jeżeli udałoby się przełożyć ze dwa spotkania to dałbym radę wrócić jeszcze w piątek. Tyle, że wyjechać musiałbym najdalej jutro rano. Tak czy owak, niepotrzebnie tu tkwię. Wszystkie notatki z ostatniej podróży mam wciąż w powijakach, a za chwilę przecież czeka mnie jeszcze eskapada na południe. Z drugiej strony gdyby rzeczywiście dało radę wyrwać się jutro rano do stolicy, spokojnie obrobiłbym się w dwa, góra trzy dni i miałbym całą sobotę na przygotowanie raportów. Wtedy może nawet udałoby się wyskoczyć na ten brydżyk w sobotę? Tylko co ja tu wciąż robię...?
W takich myślach byłem zatopiony od co najmniej czterdziestu minut. Wygodne krzesło sali konferencyjnej nie pozwalało nawet przypuszczać, że oto mija czwarta godzina narady. Długopis kręcił w moich palcach tysięczny chyba obrót. Jednostajny szum klimatyzacji doskonale zgrywał się z melodią toczącej się dyskusji. Nie słuchałem jej od dawna.
 - Proponuję dwadzieścia minut na rozprostowanie kości i wrócimy do tego po przerwie - głos Starego wyrwał mnie z odrętwienia tylko dlatego, że towarzyszył mu szmer odsuwanych krzeseł. Nareszcie. W odróżnieniu od innych uczestników narady, którzy w pośpiechu wychodzili z sali, pieczołowicie zebrałem wszystkie rzeczy ze stołu i włożyłem do teczki. Nie zamierzałem tu wracać po przerwie.
Szybko zebrałem się do wyjścia. Trzeba mi było jeszcze dorwać Bruno, bo tak bez słowa nawet ja nie mogłem się urwać.
Zatrzymało mnie dotknięcie ramienia.
 - Uciekasz? - mruknięciu Noa poszło w sukurs zazdrosne spojrzenie.
 - A jak myślisz?
Westchnął. 
 - Takiemu to dobrze.
 - Daj spokój. Tkwimy to od rana, a nie posunęliśmy się dalej niż na sięgnięcie okiem. W tym tempie podejmiemy decyzję w grudniu.
Lekkie wzruszenie ramion oznaczało, że Noa doskonale wie o czym mówię.
 - Zresztą... Ja mam swoją robotę i zaczyna mnie wkurzać to dreptanie w miejscu. Oni w końcu podejmą jakąś decyzję, a wtedy natychmiast poproszą o moje raporty. Same się nie zrobią. Tobie zresztą też się dziwię.
 Machnął tylko ręką w pobłażliwym geście i od razu położył mi ją na ramieniu.
 - Paryż?
 - Tak.
 - Kiedy?
 - Mam nadzieję, że jutro rano. Muszę jeszcze pogadać ze Starym. A co?
Podrapał się w znajomym geście po brodzie usianej krótkim czarnym zarostem, pieczołowicie strzyżonym do długości nie więcej niż szorstkiego centymetra. Właśnie dlatego Noa cieszył się wśród nas wdzięcznym przezwiskiem Szczotka.
 - Zawiózłbyś przy okazji papiery tych nowych juniorów do rejestracji?
 - Jasne. Podrzuć kopertę Patrycji. Zabiorę przed wyjazdem - klepnięcie w ramię oznaczało, że rozmowa jest skończona. - Na razie. Naprawdę muszę lecieć.

Starego znalazłem tuż przed salą konferencyjną. Tkwił w jakiejś korytarzowej dyskusji z moim największym ulubieńcem. Niewiele miałem dobrego do powiedzenia na temat szacownych członków naszego Zarządu, ale już najmniej z tego dotyczyło Bertranda Remy. Nie miałem najmniejszej ochoty na kolejną wymianę uprzejmości z tym skurczybykiem. Cofnąłem się do stolika z kawą i wyciągnąłem papierosa. Chwilę obracałem go w palcach, ale nie miałem zamiaru teraz palić. Czekałem, aż Stary skończy tę pogawędkę z Bertrandem i da mi szansę na chwilę rozmowy.
Nie trwało to długo. Bertrand skinął w końcu głową i z bezczelnie zawadiackim wyrazem twarzy, który towarzyszył mu niemal zawsze, oddalił się w kierunku własnego biura. Stary ruszył co prawda w kierunku swojego, ale zdecydowanie wszedłem mu w drogę.
 - Bruno, możemy? - skinąłem porozumiewawczo zatrzymując go w pół kroku.
 - Piotrze. To coś ważnego?
Ja myślę, że ważnego stary nudziarzu!
 - O tyle, o ile. Urywam się z drugiej części tej fascynującej dyskusji, o czym Cię lojalnie informuję. Mam masę roboty. Nawet nie tknąłem jeszcze papierów po powrocie z Ardenów, a jak wiesz już jutro powinienem być w Paryżu.
Długie westchnięcie oznaczało nabranie solidnej dawki powietrza w płuca, a nabranie powietrza w płuca oznaczało u Starego zawsze to samo – kilkuminutowy wykład o priorytetach oraz moim miejscu w organizacji. Nie mogłem dać się w to wciągnąć.
 - Doskonale rozumiem powagę sytuacji oraz kluczowy moment w jakim się znaleźliśmy – wypaliłem czym prędzej. - Musisz jednak pamiętać, że niezależnie od wybranego przez nas rozwiązania, to ja następnego dnia zostanę zasypany listą maili, telefonów i faksów. A co najlepsze, sam pewnie zażądasz ode mnie kompletnych raportów już dwie godziny po wyborze. Oszczędź mi więc, do tego czasu, rozmowy o priorytetach.
Nie znosiłem tego pobłażliwego uśmiechu z jakim odnosił się Stary do swoich podwładnych w takich momentach. Wolałem jednak to od korporacyjnego bełkotu.
 - Piotrze, miło Cię widzieć w dobrej formie. Wiedziałem, że pobyt w Szampanii podziała na Ciebie kojąco.
Bezczelny.
 - Tym niemniej nie wydaje mi się, żeby Twoja nieobecność na dzisiejszym spotkaniu mogła nam pomóc w tak wymierny sposób jak starasz się to przedstawić. Spodziewam się...
 - Wybacz Bruno – musiałem mu przerwać. Po prostu musiałem. - Ja naprawdę nie przyszedłem do Ciebie wymienić poglądy, tylko poinformować Cię, że mnie nie będzie. Przekazałem Wam już wszystkie informacje o które prosiliście, a nawet takie, których istnienia nie podejrzewaliście. Odpowiedziałem na wszystkie pytania, sprawdziłem wszystkie możliwe opcje. To trzecia nasza narada na ten temat, w tym druga podczas której nie odzywam się nawet słowem. Nie wydaje mi się, żebym mógł jeszcze coś wnieść do tej dyskusji. Z drugiej strony Patrycja jest na miejscu jeżeli czegoś będziecie potrzebować, a ja, jak wiesz, odbieram komórkę nawet w kiblu.
Podziałało. Słabo, ale podziałało. Wyraźnie przygryzione wargi znaczyły, że będzie się łamał. Wziął mnie pod łokieć.
 - Piotr, wiem jak to wygląda na razie, ale to zawsze przebiega w ten sam sposób. Wierz mi. Niebawem zaczniemy zbliżać się do ostatecznej decyzji i wtedy będę chciał poznać Twoje zdanie. Twoje przede wszystkim. Rozumiesz?
Akcent postawiony był właściwie. Stary chwyt, ale rozumiałem doskonale czemu go użył. Zwykle działa.
 - Cieszę się ogromnie – w moim głosie nie było cienia obłudy. - Kiedy to nastąpi to do mnie zadzwoń, a ja przybiegnę i Ci powiem. Jak wierny pies. Rozumiesz?
Wykorzystałem moment jego zawahania i szybko dodałem:
 - Będę z powrotem w piątek wieczorem.
Wiedziałem, że teraz mogę się już oddalić bez przeszkód. Uścisnąłem przyjacielsko dłoń mego chlebodawcy i ruszyłem korytarzem do wyjścia.
Kiedy zamykałem za sobą drzwi spojrzałem jeszcze w jego stronę. Stał tam, doskonale wiedząc, że tak będzie. Czekał na to spojrzenie, żeby móc mi jeszcze na odchodne rzucić:
 - Raporty z Szampanii obiecałeś na jutro rano!
Ostatnie słowo należy zawsze do Szefa. 

Robota, krótko mówiąc, mi nie szła. Siedziałem w domu od kilku godzin próbując uporządkować notatki w coś, co dałoby się nazwać raportem. Moja praca pod tym względem miała całe mnóstwo zalet, ale i jedną wadę, która potrafiła sprawić, że stawała się czasem całkiem nie do zniesienia. Uwielbiałem otoczkę tajemnicy, która towarzyszyła niemal wszystkim moim działaniom. Uwielbiałem wyszukiwać i obserwować zawodników, szperać po zakamarkach i wydobywać spod ziemi informacje, weryfikować cudze plotki i rozpuszczać własne. Kiedy jednak przychodziło do sporządzania raportów z moich poczynań, porządkowania wszystkich zdobytych informacji i formułowania wniosków, nienawidziłem mojej pracy serdecznie. Nie byłem widać typem biurkowego gryzipiórka. Nawet teraz moje myśli błądziły z dala od czekającej mnie papierkowej roboty. Myślałem już o czekających mnie w Paryżu spotkaniach. A miało to być kilkanaście kurtuazyjnych i dość wstępnych w sumie rozmów z agentami zawodników. Większość to po prostu próba wysondowania wzajemnych oczekiwań, ale były i takie, które miały służyć tylko wprowadzeniu naszych rywali w błąd. Powszechnie bowiem wiadomo, że tak samo czujnie jak my obserwujemy poczynania konkurencji, tak samo czujnie jesteśmy obserwowani. Wszystkie moje kroki z pewnością były przedmiotem ich bacznej uwagi i dlatego były to również trudne spotkania. Trzeba było wystarczająco wiarygodnie wzbudzić zainteresowanie zawodnika, ale równocześnie nie składać żadnych wiążących obietnic, ani tym bardziej nie zaciągać najmniejszych nawet zobowiązań. Zachowanie tej subtelnej równowagi było jedną z najtrudniejszych umiejętności w mojej profesji. Zbytnia natarczywość od razu wzbudzała podejrzenia, a zbytnia nonszalancja z kolei groziła całkowitym zlekceważeniem. Ostatecznego smaczku takim spotkaniom dodawał fakt, że obie strony doskonale zdawały sobie sprawę z obowiązujących reguł, a mimo to siadały do rozmów z cyniczną świadomością gry pozorów, w której uczestniczą.
Nie. To na nic. Nie dam rady dokończyć tego tutaj, w zaciszu własnego mieszkania. Szklanka whisky, papieros i delikatna nuta Oscara Petersona w tle, bardziej nadawały się na melancholijny wieczór pełen refleksji niż żmudną analityczną robotę. Sprawdziłem szybko wieczorne pociągi do Paryża i zacząłem się pakować. W ruchu zawsze pracowałem wydajniej.

W pociągu wszystko poszło jak zwykle. Notatki przebiegały mi szybko przez ręce, a cierpliwa klawiatura laptopa już w godzinę pozwoliła na zamknięcie wszystkich trzech raportów - jasnych i klarownych. Resztę czasu mogłem spokojnie przeznaczyć na rozmyślania o czekających mnie spotkaniach.
Zdumiewające, ale właśnie wtedy niepokój z nimi związany ulotnił się bez śladu. W zamian wróciłem myślami do Starego. Ostatnio często mi się to zresztą zdarzało. Wszystkiemu winien rzecz jasna Bertrand. Nieustanny mąciciel szeregów i antagonista. To aż dziwne, że cieszy się takim uznaniem w Zarządzie. Odkąd pamiętam zawsze siał zamęt i wprowadzał niepotrzebny niepokój. Kiedy wszystko szło dobrze, jako pierwszy wkładał kij między szprychy, a kiedy sprawy kulały - zamieniał się w chodzącą inkwizycję. Zawsze szkoda mi było czasu na te kuluarowe gierki, ale trzeba przyznać, że Bertrand właśnie dzięki sprawnemu poruszaniu się za kulisami działał tak skutecznie na głównej scenie. Nie wiem jaką nasz Stary miał z tego korzyść, ale najwyraźniej wolał mieć taką szuję na podorędziu niż puszczaną swobodnie, bez kontroli. Tym bardziej trudno jednak pojąć, że ostatnio sprawy na Stade Gaston Petit przybrały naprawdę zły obrót. Wszystko skomplikowało się po rezygnacji Frederica Borgesa. W sumie to nikt się nie spodziewał, że Borges złoży rezygnację. Owszem, ostatni sezon nie należał do specjalnie udanych, ale w końcu utrzymaliśmy się w lidze, a w kwietniu i maju drużyna naprawdę spisywała się przyzwoicie. Gra była co prawda wciąż lepsza od wyników, ale właśnie dlatego wydawało się, że może być już tylko lepiej. Aż tu nagle, po ostatnim meczu sezonu - bez żadnego ostrzeżenia, rozmów, przecieków – rezygnacja! Oficjalnie Frederic miał mieć już dość. Po prostu wszedł któregoś dnia do gabinetu Starego i najzwyczajniej w świecie powiedział, że chce przejść na emeryturę. Syndrom wypalenia? Może, ale ja tam wiem swoje. Nagonka Bertranda trwała już przecież od dawna, co najmniej od poprzedniego lata, kiedy skończyliśmy rozgrywki na siódmym miejscu. Wówczas Bertrand też nie siedział cicho. Rozdawał fałszywe uśmiechy, ale na korytarzach pełno było tych jego potrzeb progresji, kroków naprzód, obiecujących potencjałów i roznieconych nadziei. Nie powiem - brzmiało to nieźle. Na tyle nieźle, że nawet ja na fali tego rosnącego optymizmu odrzuciłem propozycję przejścia do Kanarków. Pomyślałem sobie: Teraz siódme miejsce! Kto wie co się może zdarzyć w następnym sezonie?. Któż by chciał przechodzić do spadkowicza z pierwszej ligi, gdzie aż huczało od plotek o upadłości i rychłym przejęciu klubu? Owszem, warunki proponowali lepsze, a co więcej, polski właściciel też dzwonił parę razy łechtając moją zaniedbaną próżność. Ale przede wszystkim przecież było wiadomo, że to inny świat. Nantes - prawdziwe miasto, gdzie na Stade de la Beaujoire przychodzi dwadzieścia tysięcy ludzi na każdy mecz. Nie to, co u nas. A jednak nie wahałem się. Uwierzyłem Staremu, no i Bertrandowi. Poza tym ledwo co dostałem pierwszą kierowniczą posadę w klubie. Przejąłem cały bank informacji. I tak już mi się to należało - po czterech latach wycierania kątów. Wszyscy od dawna wiedzieli, że to ja zdobywam najważniejsze informacje, a mój, pożal się Boże, pryncypał wysługiwał się mną nieznośnie. A więc do dzieła Piotrusiu! Kasy dali niewiele więcej, ale przecież... pieniądze to nie wszystko. Przetasowaliśmy trochę etatów w sztabie szkoleniowym, wyremontowaliśmy zaplecze juniorom, a co najważniejsze - udało się z miastem domknąć projekt rozbudowy stadionu. Niewiarygodne, ale coś, co się ciągnęło odkąd trafiłem do klubu, znalazło wreszcie pozytywny finał.

Słowem miało być tylko lepiej, a wyszło jak wyszło. Okazało się, że bardzo precyzyjna krecia robota Bertranda przyniosła spodziewane owoce. Torpedował wszystkie obiecujące transfery, a w zamian propagował jakieś wątpliwej jakości miernoty. Prowadzał się z prasą, rozsiewał wciąż plotki i marnował czas nam wszystkim na niezliczonych spotkaniach. No i Kanarki po roku wróciły w pierwszoligowe szeregi, a my z ledwością uchroniliśmy się przed spadkiem. Atmosfera w klubie stała się nieznośnie napięta i na nic były wszystkie nasze tłumaczenia, że oczekiwania były bezpodstawne, że efekty przyjdą za chwilę. Wystarczyło kilka sprytnych komentarzy Bertranda o kompetencjach, potrzebie spokojnej analizy i weryfikacji założeń. Niby nie wymienił żadnego nazwiska, ale i tak wszyscy wiedzieliśmy co się kroi. Kibicom nie trzeba było dwa razy tłumaczyć stopnia złożoności zjawiska, ani przenikliwości metafor prasowych. Mieli już swojego winnego, a Bertrand nawet nie musiał umyć rąk. Ech, człowiek młody, to i głupi. No i teraz muszę się użerać z tą kanalią na każdym kroku. Nic to. Najważniejsze to cieszyć się dniem dzisiejszym i nie ufać zbytnio w jutrzejszy – jak mawiają Arabowie.

Hotel Gold miał trzy ważne zalety i jedną jeszcze ważniejszą wadę. Był przytulny, niedrogi i dyskretny. A także nie sposób go było znaleźć w żadnym przewodniku. Nieoficjalny hotel dla oficjalnych działaczy. Prowadził go zresztą jakiś kuzyn czy szwagier wiceprezesa federacji. Dlatego właśnie w kraju nad Sekwaną odnalazłem się jak w domu. Dziś już nie miałem rzecz jasna żadnych problemów z jego odnalezieniem, ale pamiętam jak za pierwszym razem kluczyłem cały wieczór po mieście rozpytując taksówkarzy i policjantów. Dopiero telefon do Noa rozwikłał zagadkę. 
Po okazaniu legitymacji federacji nigdy nie było tutaj problemów z pokojem. Nawet dziś, choć moja rezerwacja zaczynała się dopiero nazajutrz a ja zjawiałem się niemal w nocy. Recepcjonistka uśmiechnęła się ciepło i po tym swoim ujmującym francuskim:
 - Pas de problème Monsieur – wręczyła mi klucz do pokoju.

Kolejne dwa dni minęły mi na nieustannym przeciskaniu się przez zatłoczony Paryż ze spotkania na spotkanie. Wszystkie jednakowe i wszystkie o tym samym. Agenci zachwalali swój towar, ja udawałem zachwyconego, oni udawali rozchwytywanych, ja nie udawałem zdziwionego. Ta nieustanna gra, która jest udziałem każdego szefa banku informacji w każdym klubie, męczyła mnie chyba nawet bardziej niż gierki Bertranda. Ale nie można było inaczej. To rytuał wciąż tych samych kroków, paradnych zasad i powtarzalnych gestów. Aż do upragnionego końca, czyli dnia, w którym menedżer dla którego pracujesz zechce ściągnąć jednego z tych wybrańców do klubu. Wtedy zaczynają się prawdziwe igrzyska. Ale wówczas nie trwa to już tak nieznośnie długo, nie ma żadnych reguł, jest niepowtarzalne, fascynujące i to uwielbiam. Tkanie misternych sieci podchodów, negocjacyjnych sztuczek, zasłon dymnych i frontalnych ataków - z jednym tylko celem: kupić najtaniej to, co kosztuje najwięcej.
Tymczasem jedynym wytchnieniem od zmory kurtuazyjnych spotkań z agentami były, o zgrozo, oficjalne kawy w federacji. Licencja taka, licencja sraka. Paragraf ten, paragraf inny. Umowa z tym, umowa z tamtym. Opłata za to, opłata za tamto. Nuda wielokrotna, ale przynajmniej konkret i na temat. Nie przypuszczałem, że to kiedykolwiek będzie jakaś frajda. Na szczęście załatwiałem takie sprawy tylko w zastępstwie. 

W czwartek wieczorem mogłem wszak ze spokojnym sumieniem zająć się tym po co naprawdę przyjechałem do Paryża. W porannym wydaniu Le Parisien na stronie ogłoszeń ukazało się to, na co czekałem. Warsztat samochodowy przyjmie do pracy. Oferty składać: PP Moussy, skrytka pocztowa 11. Enrico. Oznaczało to spotkanie dopiero następnego dnia.

W piątek rano wziąłem taksówkę do Port de Grenelle. Wysiadłem przy południowym krańcu tuż obok centrum handlowego i spacerem udałem się w kierunku stacji metra Bir-Hakeim, gdzie wsiadłem w pierwszy pociąg. Wysiadłem na Cambronne i avenue de Lowendal przeszedłem na tyły Szkoły Wojskowej. Na końcu ulicy, w cieniu rozłożystej akacji, odnalazłem bez trudu znajomy widok. Auberge d'chez eux. Zatrzymałem się jeszcze przy kiosku z gazetami i kupując dzisiejszy L'Equipe, który zresztą od śniadania znałem na pamięć, rozejrzałem się jeszcze dyskretnie. Nic. Mogłem wejść.
Kiedy oczy przywykły do panującego wewnątrz półmroku, przy małym stoliku na końcu sali zobaczyłem znajomą twarz.
Dyskretne powitanie nie zdradzało, że ostatni raz widzieliśmy się przeszło pół roku temu.
 - Jak szampan? Dojrzewa?
Nie spodziewałem się takiego początku.
 - Widzę, że jesteś dobrze poinformowany. Mam nadzieję, że to dobrze wróży również dzisiejszemu spotkaniu.
Roześmiał się.
 - Nie najgorzej. Choć przyznam, że wygodniej byłoby zamontować ci GPS.
Przemilczałem to uśmiechając się tylko pod nosem. Znałem doskonale tę subtelną grę słów, w której się doskonalił. Mógł tak godzinami. Bez trudu ciągnął więc dalej:
 - Dużo ostatnio podróżujesz. To przymus zwiedzania czy niechęć do małych pomieszczeń?
Cwaniak. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Lubiłem w sumie te nasze zabawne rozmowy, tyle że dziś nie miałem zupełnie na nie ochoty.
 - Za długo się znamy, Marcel. Zapytaj o co masz zapytać, albo udajmy że nie słyszałem.
Znał mnie doskonale. Wiedział, że dziś już nie ma najmniejszych szans na przyjemne obcowanie tête à tête i salwy śmiechu przerywane jedynie degustacją wina. To był taki nasz mały rytuał i niewyszukana chwila przyjemności w tym zabieganym świecie. Ale nie dziś.
 - Dobrze. Powiedz mi co tam u Was w firmie piszczy? Dobiegają mnie niepokojące wieści, a w zasadzie brak wieści, co jak wiesz jest jeszcze bardziej niepokojące.
Wiedziałem. W naszym fachu od złych wiadomości gorszy jest tylko absolutny brak wiadomości.
 - Nic specjalnego. Dlatego z przyjemnością, jak się wyraziłeś, podróżuję. Starszyzna plemienna obraduje nieustannie, dym z wigwamu się unosi, a źrebaki chodzą bez opieki.
 - No tak. W sumie nic dziwnego. Długo to jeszcze potrwa? Macie już kogoś?
Uśmiech politowania musiał wzbudzić wesołość i u mojego rozmówcy, bo natychmiast się poprawił:
 - No wiesz, choćby cień echa dobrego kandydata.
 - Mamy dwa cienie. A w zasadzie to nawet trzy, bo ten co jeszcze niedawno wydawał mi się nie do przyjęcia jest teraz o niebo lepszym rozwiązaniem niż obecne rozwiązanie, to znaczy brak jakiegokolwiek rozwiązania.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, ale w dziwny sposób mnie to zirytowało. Siedział sobie tam po drugiej stronie stolika w wygodnej pozycji obserwatora i z lekkością felietonisty mógł skomentować to, co mnie codziennie przyprawiało o solidny ból głowy.
 - Nie wiem, czy rozumiesz co mówię – zareagowałem energicznie – ale w poniedziałek wracają zawodnicy z urlopów, a my nawet nie mamy jeszcze uzgodnionego planu przygotowań, umówionych obozów, sparingów, nie mówiąc o strategii transferowej. Wiesz, że Noa z łatwością by sobie z tym wszystkim poradził do czasu, aż kogoś nie wybiorą. Jest asystentem od trzech sezonów, na Boga! Ale oczywiście Bertrand wszystko blokuje twierdząc, że byłoby to niepotrzebne wiązanie rąk przyszłemu menedżerowi drużyny. Ta biznesowa menda lepiej zna się na prowadzeniu drużyny od asystenta, uwierzysz? A moje raporty, jak przypuszczam, obrastają sobie w tym czasie solidnym kurzem w sejfie.
Marcel przytomnie zamilkł widząc moje wzburzenie, ale i tak nie pozwoliłbym mu wejść w słowo.
 - Jeszcze tydzień i będzie za późno na cokolwiek, a wtedy, Bóg mi świadkiem, oskarżę tego skurczybyka o działanie na szkodę klubu.
 - Ho, ho! - Marcel wyraźnie się ożywił. - Widzę, że zalazł Ci zdrowo za skórę. Nie zapominaj jednak, że póki co to on jest członkiem Zarządu. Przy jego doświadczeniu nawet moje wygląda jak biała kartka, a Ty się na niego rzucasz jak nieopierzone kurczę. Czy to nie on czasem dwukrotnie już składał wniosek o rozwiązanie Twojego kontraktu?
 - Nawet mi, kurde, nie przypominaj.
 - Chyba jednak powinienem, bo zapał odbiera Ci rozum. To, że zdjął Cię z celownika powinno Cię raczej cieszyć niż zachęcać do ponownego włażenia mu pod nóż.
Tym razem to ja nie miałem niczego mądrego do powiedzenia. Pociągnąłem łyk wina, które kelner postawił przed nami nie wiedzieć kiedy.
 - Ale wiesz, że to nawet sympatyczne - kontynuował Marcel.
 - Co takiego? - zdziwiłem się, choć w tym samym momencie wyczułem już lekką ironię w jego głosie.
 - Tyle młodzieńczego zapału w ciele takiego cwaniaka jak Ty.
Wydało mi się, że to był komplement, a przynajmniej urocza próba..
 - To był komplement? - zapytałem głośno.
Uśmiał się serdecznie.
 - Nie podrywam Cię, jeżeli o to chodzi. Ale mogę Ci w zaufaniu powiedzieć, że Twoje zabiegi zdały się na nic. Santini nie przejdzie do Was teraz.
Zakrztusiłem się papierosem rzecz jasna, podczas kiedy on z wyrazem cichej satysfakcji rozkoszował się winem. Marcel bezbłędnie umiał wybrać najlepszy moment na przekazanie najmniej spodziewanej informacji.
Przysunął się nieznacznie do stolika.
 - Santini wykorzystał Was tylko do podbicia oferty w Portugalii. Nie powiem Ci jeszcze gdzie, ale wiem na pewno, że finalizuje już zapisy dotyczące ewentualnych premii i rozwiązania kontraktu. Co do reszty już się dogadali. Nie ma mowy, żebyście mogli jeszcze wskoczyć do gry. Przecież Wy nie złożyliście mu nawet wstępnej oferty.
Ta jedna informacja była warta znacznie więcej niż mogłem w tej chwili zaoferować Marcelowi. Zrozumiałem więc, że zrobił to wyłącznie w ramach przyjacielskiej przysługi. Natychmiast pozbyłem się instynktownej bariery, jaka pojawiała mi się przy wszystkich zawodowych rozmowach. Teraz dopiero rozluźniłem się zupełnie. Wróciła nasza dawna zażyłość. Marynarki spoczęły na oparciach krzeseł.
 - Wiesz coś jeszcze? - zapytałem.
 - Skąd?! Nawet tego dowiedziałem się przypadkiem. Zrobiłeś taką zasłonę dymną, że nawet moje najlepsze źródła nie wiedzą z kim jeszcze rozmawiacie.
 - Ja jestem Twoim najlepszym źródłem.
Uśmiechnął się, ale wiedział, że musi sam o to zapytać.
 - Kogo tam jeszcze macie?
 - Jean Romano i Marc Durand.
Delikatne kiwnięcie głową było zarówno wyrazem uznania, jak i lekkiego zdziwienia. Z pewnością próbował sobie teraz odtworzyć w pamięci wszystko co mogło mieć znaczenie.
 - Dość... młodzi. I chyba – zawahał się tylko na moment – chyba może Wam się udać w obydwu przypadkach.
 Nie dałem po sobie poznać ulgi, ale była ona wyraźna. Rejterada Santiniego była wystarczającym ciosem.
 - Gratuluję – skinął z uznaniem Marcel.
 - Pogratulujesz, jak rada starców zniesie w końcu to swoje jajo mądrości.
 - Gratuluję Ci czego innego. Że w ogóle udało Ci się kogoś zainteresować pracą u Was. Ta drużyna z Tobą nie zginie. Zawsze to wiedziałem.
Skoro uwaga była kwaśna to i pocieszenie wyszło niezbyt słodkie.
 - Marcel nie oczekuj proszę, że będę się cieszył jak dziecko z Twoich gładkich pochlebstw. Za dwa tygodnie tej drużyny nie będzie chciał prowadzić nawet pudel Bertranda. 
Pierwszą wspólną chwilę beztroskiego śmiechu uczciliśmy pierwszym podwójnym toastem. Marcel poprawił się na krześle.
 - A propos pudla.
Nachyliłem się nad stolikiem.
 - Nie uwierzysz kogo spotkałem w zeszłym tygodniu na korytarzu federacji.
 - Uwierzę. To była oficjalna wizyta. Przyleciał razem ze Starym przedstawić do zatwierdzenia budżet i dane nowego stadionu. Chcemy jeszcze w tym roku mieć potwierdzenie licencji.
 - Bardzo słusznie – Marcel pokiwał ze zrozumieniem głową. - Z tym, że na szacownego Bertranda Remy natknąłem się na pierwszym piętrze. A precyzyjnie mówiąc przy windzie w zachodnim skrzydle.
 - Na pierwszym piętrze? - zdziwiłem się. - A co on robił na pierwszym piętrze? Przecież tam są tylko działy techniczne. Nawet ja tam rzadko zaglądam.
Tryumf zbliżał się nieuchronnie do twarzy Marcela, ale do kompletu brakowało mu jeszcze pełnej napięcia puenty. Ta jednak z pewnością nadchodziła.
 - Tak samo pomyślałem, ale wyjaśnienie przerośnie Twoje najśmielsze oczekiwania.
Łyk wina dla podniesienia napięcia nie przeszkodził mu w kontynuowaniu.
 - Jeżeli nie opatentował nowego rodzaju gwizdka, nie założył żeńskiej drużyny futsalu, ani nie ubiegał się o posadę sędziego, to mógł odwiedzić na pierwszym piętrze tylko jedno miejsce. Miejsce gdzie prezesi pokroju Bertranda Remy nie bywają nigdy, poza oczywiście tą chwilą kiedy akurat tam są.
 - Zaraz Cię uduszę Marcel.
 Z trudem opanował promieniejący wyraz oczu.
 - Archiwum.
Nie dotarło to do mnie, albo raczej nie dotarło w wystarczającym stopniu. Nie wiem, może się spodziewałem romansu i jakiejś zgrabnej sekretareczki, albo tajnego wydziału o jakimś dziwnym kryptonimie, gdzie władze francuskiej piłki planują jak się dobrać do wyspiarskich pieniędzy. Naprawdę nie wiem czego się spodziewałem, ale z pewnością nie było to archiwum federacji, gdzie nawet ja nie miałem powodu się pojawiać. Dość, że mój wyraz twarzy musiał nie przypaść do gustu Marcelowi, który widocznie uznał, że wywarte na mnie wrażenie nie było warte jego dotychczasowych starań.
 - Dobra – pociągnął zanim zdążyłem się odezwać – rozwiążę Ci tę zagadkę, bo wyglądasz jakbym nagle zaczął mówić po polsku. Sprawa okazała się banalnie prosta. Jak wiesz, przeglądanie dowolnych dokumentów w archiwum odbywa się bez jakichkolwiek przeszkód dla wszystkich członków federacji. Nie odnotowujemy ani kto, ani kiedy, ani tym bardziej co przeglądał.
 - Wiem przecież. Sam wielokrotnie korzystałem z archiwum w internecie.
 - A widzisz! - satysfakcja stawała się powoli gwarantowana. - W internecie wszystko się rejestruje. Potrzebne są hasła, loginy, widać IP komputera i takie tam. Słowem widać kto, co i kiedy. Z korzystaniem z dokumentów na miejscu jest nieco inaczej. Odnotowuje się jedynie, który dokument i kiedy był przeglądany. Federacja nie jest wybredna. Płacisz dwadzieścia euro, okazujesz legitymację i nie pytamy Cię coś za dureń, że zamiast wygodnie i za darmo przez internet, wolisz fatygować się osobiście i jeszcze płacić. Nie rejestrujemy frajerów. Dopiero kiedy zdałem sobie z tego sprawę, naprawdę mnie zainteresowało czego to Bertrand mógł szukać w archiwum. I zapewniam Cię, że nie zgadniesz!
Chyba powoli brakowało mi już słów.
 - A ja zapewniam, że Ci zaraz strzelę – wypaliłem.
Uspokajająco pomachał ręką.
 - Archiwistka go zapamiętała. Przyszedł bez uprzedzenia i dał jej całą pięćsetkę. Nie miała wydać. Poprosił o tylko jeden dokument. Poczekał, przeglądnął na miejscu, podziękował, wstał i wyszedł.
Celowo zrobił pauzę.
 - Gotowy?
 - Nie, kurwa, nie jestem jeszcze gotowy, daj mi proszę Cię parę minut, to sobie jeszcze winko dopiję – powiedziałem to może rzeczywiście trochę zbyt głośno. Marcel spojrzał przez ramię na salę, ale najwidoczniej nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
 - Twoją licencję trenerską. Poprosił tylko o Twoją licencję trenerską.
O ile do tej pory byłem w kropce, o tyle teraz byłem w wielokropku. W podwójnym wielokropku. Takim w cudzysłowie i podwójnym nawiasie.
 - A po co mu moja licencja? - autentycznie zmartwiłem się czymś, co nie martwi chyba nikogo innego na świecie. Ktoś przegląda Twoje dyplomy, wielkie mi rzeczy! - Mógł przecież poprosić to bym mu sam zrobił kopię.
 - No nie wiem Piotrze, czym Ty mu podpadłeś, ale na Twoim miejscu odświeżyłbym telefony do kilku adwokatów - Marcel najwyraźniej bawił się znakomicie.
A mi w tym czasie naprawdę nic mądrego nie przychodziło do głowy. Gdyby mi choć upływał jakiś termin ważności. Nie. Gdybym choć ostatnio dostał jakąś propozycję zrobienia z tego dyplomu użytku. Nic z tych rzeczy. Ba, gdybym choć sam o tym pomyślał. Niewiarygodne, ale nawet przez chwilę od momentu przyznania mi licencji nie miałem złudzeń co do tego, że kiedyś może mi się przyda. Ot, była sposobność i co najważniejsze - okazja, to się zapisałem. W klubie wciągnęli mnie na listę pracujących trenerów i tyle. Przepracowałem tyle ile było wymagane, złożyłem, zapłaciłem, zdałem i... zapomniałem. No i proszę. Kto sobie przypomniał? Ten pomysł z adwokatem wyraźnie nie przypadł mi do gustu.
 - Marcel – poprawiłem się na krześle. - Niech nas nie martwią rzeczy, które nas zmartwić nie potrafią. Na razie nic z tego nie rozumiem, więc zostawmy to tak jak jest. Dzięki za cynk, ale tymczasem nie sądzę, aby to było coś poważnego. Powiedz lepiej czy przygotowałeś wszystko o co prosiłem?
 - Jak chcesz – powiedział i sięgnął po teczkę opartą o nogę stolika. - Tutaj masz wszystko jak zwykle.
Błękitna koperta powędrowała w moim kierunku.
 - Wszystko uporządkowałem zgodnie z ustaleniami. Na dyskach masz tyle materiałów wideo ile udało mi się zdobyć. Numeracja dokumentów odpowiada tej na dyskach. Z dokumentacji medycznej usunąłem oczywiście nazwiska. Zrobiłem też dyskretny wywiad i wygląda na to, że w przypadku wszystkich tych zawodników możecie mieć zielone światło, choć przyznam, że wybór niektórych nieco mnie zdziwił. Nie pasuje to do Twojego stylu działania.
 - Styl trzeba zmieniać częściej niż współpracowników – odpowiedziałem czujnie.
 - No to będę się zbierał – odparł, sięgając po marynarkę. - Zaostrzają ci się riposty, a ja jeszcze dzisiaj nie jadłem i muszę uważać na żołądek.
Podniosłem się również i wyciągając dłoń na pożegnanie, podałem mu swoją kopertę.
 - Dzięki przyjacielu. Nie chowaj się zbyt głęboko, bo niewykluczone, że będę Cię potrzebował jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.
Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
 - Chyba nawet szybciej niż myślisz. I nie upadaj na duchu. Pamiętaj, że to Ty masz rację, a oni się mylą. Cześć.
Odprowadziłem go wzrokiem, ale nie zamierzałem jeszcze wychodzić. Usiadłem, żeby dokończyć wino, a tak naprawdę zastanawiało mnie tylko jedno: jak do cholery udało mu się zdobyć w niecały tydzień komplet informacji dotyczący przeszło czterdziestu zawodników? No i skąd on to wszystko bierze?

Pociąg powrotny mknął jak szalony. Dwie godziny minęły nie wiadomo kiedy. Z gorączkowych rozmyślań wyrwał mnie telefon Patrycji.
 - Cześć szefie. Wracasz?
 - Dojeżdżam.
 - To dobrze. Stary zwołał kolejną naradę na jutro rano. Prosił, abym przypilnowała, że będziesz na czas.
Tylko nie to.
 - I co? Przypilnujesz?
 - Jutro o dziewiątej – mógłbym przysiąc, że się uśmiechnęła.
Nie wyrwało mnie to jednak z mojej zadumy. Chciałem tylko jak najszybciej dotrzeć do domu, wyciągnąć pudło z szafy i po raz pierwszy od dwóch lat dokładnie przyjrzeć się mojej licencji trenerskiej.

Sobotni poranek rozpoczął się doskonale. Nic nie robi człowiekowi lepiej niż osiem godzin nieprzerwanego snu. 
W takie dni cieszyłem się, że moje mieszkanie dzieliło od stadionu tylko kilka przecznic. Spacer w słoneczny dzień mógł tylko jeszcze bardziej poprawić moje samopoczucie. Trzeba dbać o takie sprawy, kiedy czeka Cię kilka godzin szalonego nudziarstwa. Nie wiem co zdecydowało, że mimo wszystko zrezygnowałem z tej kuszącej perspektywy. Chyba jednak szalę przeważyła chęć oddalenia od siebie perspektywy spotkania w Zarządzie. Wiedziałem, że moja obecność i tak jest tam tylko mydleniem oczu. Nic ode mnie nie zależało. Nie miałem ani prawa głosu, ani nawet możliwości zgłaszania wniosków. To się nazywało: głos doradczy przy Zarządzie. Żeby mnie przynajmniej pytali o radę. Po przedstawieniu na pierwszej naradzie sylwetek kandydatów, informacji o ich obecnej sytuacji, oczekiwaniach i powiązaniach – nikt już ode mnie nic nie chciał. Tokowali wyłącznie we własnym gronie rozważając opcje, wysuwając sugestie i roztrząsając mało istotne kwestie. Dawno już skonstatowałem, że Zarząd naszego klubu dryfuje powoli w kierunku akademickiej rady patronackiej. Tym bardziej, że od czasu przeorganizowania sztabu szkoleniowego pojawił się w klubie wyraźny podział: starcy w gabinetach – młodzież w pracy. W zasadzie jedynym wyjątkiem w Zarządzie był niewiele starszy ode mnie David Soula, ale i jemu powierzono najmniej odpowiedzialny, a zarazem najbardziej upierdliwy kawałek chleba – koordynację sekcji sportowych. Nieustanne użeranie się z kierownikami drużyn, setki faktur, spotkań i podróży.
Pomijając Davida wszyscy członkowie Zarządu byli nobliwymi staruszkami, na tle których niespełna sześćdziesięcioletni Bertrand wyglądał co najwyżej na pełnego werwy weterana. Jedynym pocieszeniem było to, że z kolei w sztabie szkoleniowym najstarszym pracownikiem był pięćdziesięcioletni Daniel Eloi. Scout, czyli mój człowiek, choć tak naprawdę to ja byłem jego człowiekiem. Nauczył mnie wszystkiego o tym fachu, wprowadził w takie miejsca o jakich nawet nie wiedziałem, że istnieją. Teraz z kolei był najlepszym podopiecznym jakiego miałem, ale wcale nie dlatego, że przy okazji był też jedynym jakiego miałem. W klubie był chyba od zawsze. Najpierw jako zawodnik, a potem z krótkimi przerwami jako scout. Znał wszystkich i wszyscy go znali. Naturalny łowca, czyli unikalne połączenie instynktu i doświadczenia, a to, jak powszechnie wiadomo, jest nie do kupienia za żadne pieniądze.

Tymczasem jednak mijając pod blokiem swój samochód zerknąłem na zegarek. Kilka minut po siódmej. Zupełnie bez zastanowienia wsiadłem do auta i ruszyłem w kierunku Arthon. Tam właśnie, kilkanaście kilometrów na południe od miasta, niecały kwadrans jazdy od siedziby klubu, znajdował się nasz ośrodek treningowy. Domaine de la Tremblère. Cudownie położony i co najważniejsze fantastycznie wyposażony. A dziś o 7:30 zaczynały się przygotowania do sezonu drugiej drużyny. Co zresztą było absolutnym skandalem, żeby zmiennicy zaczynali przygotowania wcześniej niż pierwsza drużyna. Ale to przecież nasz nieoceniony Bertrand przekonał Zarząd, że w obliczu braku menedżera należy przedłużyć urlopy pierwszej drużynie, aż do niedzieli. A owoce tej cudownej decyzji będzie oczywiście spożywał nowy menedżer. 

Kiedy dojechałem na miejsce Olivier właśnie zaczynał zajęcia. Do boiska, wokół którego biegała już grupka zawodników, prowadziła od parkingu szeroka aleja otoczona szpalerem drzew. Szedłem teraz w czerwcowym porannym słońcu w stronę boiska, a pomiędzy drzewami migały sylwetki zawodników w ciemnych dresach. Jeżeli kiedykolwiek zaczynałem marzyć o pracy w klubie, to właśnie dla takiego widoku jak ten tutaj. Oczywiście tęskniłem też do pełnego stadionu, szumu trybun i tego uczucia lekkiego podekscytowania tuż przed pierwszym gwizdkiem, ale tak naprawdę największą satysfakcję czerpałem z takich momentów jak ten. Gdzieś z dala od fleszy, zgiełku i tłumu, dwudziestu kilku mężczyzn w sportowych uniformach wyciskało z siebie codzienne dawki potu. Anonimowy wysiłek sportowca, żmudna i systematyczna rutyna ćwiczeń, która koniec końców odróżnia współczesnych atletów od zwykłych ludzi. To kojący widok.
Sylwetka Oliviera nie wyróżniałaby się zresztą wcale z tego krajobrazu, gdyby nie siwy zamsz włosów, którego dorobił się pomimo młodego wieku. Olivier Padovani był ode mnie starszy o ledwie pięć lat, ale lata spędzone na zawodowych boiskach francuskiej ekstraklasy sprawiały, że sylwetki mogłem mu pozazdrościć. Szczupły, wysoki i zawsze wyprostowany jak struna sprawiał wrażenie dojrzałego Apolla. Z czasów uprawiania piłki został mu także niepospolity przydomek: Mosiężny. Po dziś dzień zawodnicy od czasu do czasu tak ośmielali się go nazywać, choć czynili to tylko w rozmowach między sobą. Nikt, przynajmniej w mojej obecności, nie odważył się tak do niego zwrócić. I nic dziwnego. Emanowała od niego tak niezwykła powaga i siła, a do obowiązków podchodził z taką gorliwością, że otoczony był powszechnym szacunkiem. Poza tym prowadził zawodników żelazną ręką, a w sprawach dyscypliny konsultowali się z nim chyba wszyscy.
Podziwiałem go szczerze, a szczególnie od czasu, kiedy przestał być menedżerem pierwszej drużyny. To dzisiaj niewiarygodne, ale kiedy sześć lat temu Zarząd odsunął go od drużyny po serii katastrofalnych wyników, wszystkim się wydawało, że propozycje posypią się jak z rękawa i niedługo Olivier zniknie z naszych klubowych korytarzy. Tymczasem on, zaledwie kilka dni potem, poprosił Starego o pracę trenera rezerw. Dostał oczywiście tę robotę i do tej pory wciąż jest z nami. Nie wiem czy wówczas kiedy się to działo rzeczywiście miał jakieś propozycje czy nie, ale wiem, że kiedy pierwszy raz usłyszałem tę historię, wiedziałem od razu, że polubię tego faceta. Na moje szczęście ze wzajemnością.
Olivier nie zdziwił się więc nawet kiedy stanąłem obok. Nie odezwał. Spojrzał tylko w moja stronę. Skinął przyjaźnie głową i wrócił do obserwowania zawodników. Ci w tym czasie robili któreś tam kółko z kolei, które pieczołowicie odnotowywał jeden z trenerów stażystów. Drugi odnotowywał czas.
Staliśmy tak bez słowa obserwując zawodników. Ja patrzyłem jak się prezentują po wakacjach. Szczególnie kilku, których już w zeszłym roku wziąłem pod lupę. Rozglądałem się też, którzy agenci zjawili się na pierwszym treningu i czy ktoś przywiózł jakąś nową długonogą wakacyjną zdobycz.
Olivier z pewnością patrzył na coś innego. Komu przybyło parę kilo, komu ubyło. Kto jest już z powrotem na bieżni, a kto jeszcze myślami błądzi po plaży.
Kiedy rozbieganie się skończyło i zawodnicy rozpoczęli rozciąganie, a trenerzy stażyści zaczęli rozstawiać znaczniki do ćwiczeń, Olivier mruknął tylko w moim kierunku:
 - Nie powinno Cię tu być.
I poszedł w kierunku zawodników. Taki właśnie był Olivier. Sumienny i obowiązkowy, o czym nie omieszkał przypominać również innym. Ale oczywiście rację miał. Dochodziła dziewiąta. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do auta w skrytości zazdroszcząc Olivierowi i obiecując sobie, że kiedy nadejdzie i mój moment wielkiego upadku, to zamienię go na takie właśnie małe zwycięstwo. Zwycięstwo spokoju ducha.

Dotarłem do centrum konferencyjnego zaledwie pół godziny po czasie, a mimo to asystentka Starego zagrodziła mi drogę do sali.
 - Przepraszam, ale Pan Prezes wyraźnie prosił, abyś zaczekał na zewnątrz.
Kiedy Laura nazywała naszego Starego Panem Prezesem to znaczy, że albo rozmawiała z kimś z prasy, albo coś się wydarzyło. Ja nie byłem z prasy.
 - Moje „na zewnątrz” jest u mnie w biurze, Lauro – powiedziałem najpogodniej jak umiałem i odwróciłem się do wyjścia.
 - Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Pan Prezes...
 - Pan Prezes najwyraźniej nie potrafi się zdecydować, Lauro – wpadłem jej w słowo zatrzymując się w przejściu. - Najpierw wbrew mej woli nalega, abym przyszedł, a kiedy w końcu jestem to zgodnie z moją wolą nalega, abym nie przychodził.
Wydawała się nieco zdenerwowana i zaskoczona moją reakcją, co w sumie było zrozumiałe. Wszyscy inni pewnie grzecznie by poczekali na łaskawe zaproszenie wycierając przez godzinę kanapę w poczekalni. Ale mi było daleko do ideału posłusznego chłopca. Co nie znaczy, że chciałem mieć na pieńku z Laurą. Byłem nieposłuszny, ale nie głupi.
 - Po prostu zadzwoń jak mnie wezwie – powiedziałem łagodnie. - Zjawię się w ciągu minuty. Mam mnóstwo roboty.
I wyszedłem.

Nikogo w biurze nawet specjalnie nie zdziwił mój przedwczesny powrót z narady. Patrycja i Daniel zajęci swoimi sprawami przywitali się tylko krótko i wrócili do swojej roboty. Wiedzieli, że wielokrotnie podczas takich narad potrafiłem krążyć jak busola; wychodziłem, wchodziłem, potem znów wracałem. W zależności od potrzeb czasami latałem za jakimiś papierami, które akurat były potrzebne, albo dzwoniłem gdzieś, albo jeszcze coś innego.
Wszedłem do siebie i zamknąłem drzwi. porządkowałem biurko, przejrzałem pocztę i sięgnąłem po dzisiejszą prasę. Wciąż udawało nam się ukryć przed mediami nasze starania o obsadzenie fotela menedżera. Prasa ledwo co wspominała o naszej sytuacji, a i to głównie były spekulacje i nic nie warte opinie. 
Ni stąd, ni zowąd przypomniałem sobie o rodzicach.
 - Patrycjo – podniosłem słuchawkę. - Połącz mnie proszę z domem. To znaczy z Warszawą. Zupełnie zapomniałem, że moi rodzice przyjeżdżają w przyszłym tygodniu.
Kiedy po kilku minutach zadzwonił telefon Patrycja zaczęła jednak od czegoś innego.
 - Piotrze, dzwoni Noa. Chciałby z Tobą pilnie rozmawiać.
 - No to go połącz.
 - Dobrze, ale mam też Twoją mamę na drugiej linii – zakłopotanie w głosie nie było typowym zachowaniem dla Patrycji. Prędzej zwróciłaby uwagę Papieżowi, że się pcha z brudnymi butami do gabinetu. A jednak to zignorowałem.
 - Połącz mnie w takim razie z matką, a Noa powiedz, że do niego oddzwonię.
Rozmowa z matką nie odbiegała od uzgodnionego przed wiekami schematu rozmów matek z synami. Czy się dobrze ubieram, odżywiam i prowadzę? Czy dbają tam o mnie? Czy u mnie wszystko dobrze? Kiedy sobie znajdę jakąś miłą dziewczynę? Czy przestałem palić? Kiedy w końcu zadzwonię do siostry? To zadziwiające jak dorośli mężczyźni tracą w takiej chwili całą pewność siebie.
Kiedy wydobyłem się w końcu z tej radzieckiej kanonady pytań musiałem dać się ponieść wartkiej opowieści o kolejnych narodzinach, chrzcinach, szkołach, zdrowiu, sytuacji na drogach, stanie umysłowym mojego ojca i takich tam rodzinnych rewelacjach. Zawsze mnie te rozmowy męczyły i wyprowadzały z równowagi, ale kiedy w zamian przez kilka tygodni nie słyszałem troskliwego głosu matki w słuchawce traciłem zupełnie spokój ducha. I w końcu sam dzwoniłem mając absolutną pewność, że i tym razem nie zostanie mi oszczędzona ani odrobina z bezkresnej palety męki Pańskiej.
Miałem właśnie zamiar przerwać powoli matce i dowiedzieć się na kiedy ostatecznie mają te bilety, kiedy rozległo się ciche pukanie i przez uchylone drzwi wcisnęła się jasna główka Patrycji. To pytające spojrzenie było moim ulubionym. Skinąłem przyzwalająco ręką i postanowiłem jeszcze przez chwilę pozwolić matce na snucie opowieści.
Patrycja podeszła do biurka i podała mi złożoną na pół kartkę papieru. Wygodnie rozpierając się na fotelu rozchyliłem kartkę i przeczytałem zawartość.
Beztroska mina potrafi zniknąć z twarzy człowieka w ciągu ułamka sekundy. Zapewniam, że z mojej twarzy potrafi. Spojrzałem na Patrycję. Skinęła potakująco głową. Wyprostowałem się więc całkiem i przysunąłem fotel do biurka.
 - Mamo.
Żeby przerwać mojej matce potrzeba czegoś więcej. Stanąłem przy biurku i poprawiając słuchawkę przy uchu starałem się to powiedzieć stanowczo, ale i spokojnie:
 - Mamo.
 - Tak synku?
Musiałem odchrząknąć.
 - Przepraszam Cię, ale muszę kończyć. Zadzwonię wieczorem – i odłożyłem słuchawkę, żeby uniknąć kilkuminutowego ceremoniału pożegnania.
Patrycja stała naprzeciw mnie, a na jej twarzy pojawiło się coś pomiędzy cyrkowym uwielbieniem foczki dla swojego tresera a czujnym okiem policjanta.
Spojrzałem jeszcze raz na kartkę leżącą na biurku. Przeczytałem ponownie. 
 - To prawda?
 - Z tego co wiem.
Z tego co wie. Z tego co ona wie. Dlaczego ja nie myślę? Dlaczego ja powtarzam jakieś mantry? Skup się. Skup się!
 - Dzwonią już telefony od kilku minut – dodała jeszcze.
No ja myślę, że dzwonią.
 - Dobra. Spokojnie. To się da jakoś wytłumaczyć – zacząłem. - Dzwoń szybko po Noa i nie łącz mi teraz żadnych rozmów.
 - Nie da rady – Patrycja rozłożyła te swoje wypielęgnowane dłonie w bezradnym geście. - Stary Cię wzywa. Dzwonił dziesięć minut temu.
 - No to czemu do cholery nie mówisz od razu! - wybuchnąłem mimo woli, ale w głowie gotowało mi się już na całego.
Chwyciłem odruchowo kalendarz i pióro.
 - Idę. A Ty ściągnij tu zaraz Noa i czekajcie na mnie. Słyszysz? - złapałem ją za ramię i widząc, że doskonale rozumie co do niej mówię wyszedłem.
Patrycja stała tak jeszcze przez chwilę, po czym westchnęła, spojrzała na pozostawioną na biurku kartkę papieru, na której było napisane: Zaproponowali Cię na stanowisko menedżera i cicho zamknęła drzwi. 
 

Słowa kluczowe: opowiadanie Piotr Sebastian

Zobacz także

  • Kategoria
  • Tytuł materiału
  • Autor
  • Kiedy
FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update Plik dodający do Football Managera opcję gry w niższych ligach polskich!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
Aktualizacje i dodatki Uaktualnienia, nowe grywalne kraje i inne nowości ze światowej sceny.
Talenty do Football Managera Znajdziesz u nas setki nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
Polska baza danych - dyskusja Masz uwagi do jakości wykonania Ekstraklasy lub 1. ligi? Napisz tutaj!
Copyright © 2002-2018 by FM Revolution