ARTYKUŁY

Prezes pokazał mi na jakimś papierze pewną kwotę zaznaczoną na czerwono. Czyli coś na minusie. W przeliczeniu na euro wychodziło tego kilkanaście tysięcy. Tak, to były finanse klubu. Spotkanie przebiegło szybko, głównie skupiałem się na tym, że tłumaczyłem Denisowi mój brak chęci przejęcia klubu, w dodatku zadłużonego. Zgodziłem mu się pomóc w ogarnięciu pewnych spraw, nawet ściągnąłem z Kazachstanu bramkarza po czterdziestce, który przewyższał poziomem najlepszego w kadrze Zenitu, ale na tym się skończyło. Gdzie się szuka prezesów? Daje się ogłoszenie do gazety? Niestety, byłem zmuszony odmówić ładowania się w ten interes. Widziałem rozczarowanie i żal na twarzy Denisa - zrobiło mi się szkoda człowieka. Stwierdził, że niestety, jeśli nie mam chęci, to on mnie nie będzie zmuszał, że jest mi dozgonnie wdzięczny za sytuację z taksówką i że o mnie nie zapomni. Dalej mieliśmy w końcu swoje numery telefonów. Warto mieć znajomych i przyjaciół na całym świecie. Cała ta sytuacja dosyć mnie ruszyła, więc kiedy prezes z bratem pożegnali się ze mną i opuściłem siedzibę to udałem się prosto do baru, aby przemyśleć to przy kieliszkach dobrej, rosyjskiej wódki. Wprawdzie kasy nie miałem zbyt wiele, ale starczyło na utopienie rozżalenia. Zamówiłem, usiadłem z 7 kieliszkami i zaczynałem pić, rozmyślając, kiedy przysiadł się do mnie jakiś starszy koleś, który na sto procent pochodził z zagranicy. Miał jakiś dziwny akcent i chyba nie do końca opanował władanie rosyjskim.

- Co jest młody człowieku? Źle wyglądasz – zagadnął.

- Bywa chujowo, a poza tym w porządku.

- Alkohol nie jest rozwiązaniem na problemy. Lepiej zwierz się mi. Niejedno w życiu słyszałem.

- A co pan trzymasz w ręce?! – wskazałem na jego szklankę z whisky – I coś pan za jeden? Homoseksualista, który nachodzi w barach dwa razy młodszych od siebie facetów?

- Nic z tych rzeczy mój drogi. Nazywam się Joe. Joe O’Connor. – powiedział siwy facet, dosyć chudy, już po 60, nawet nie wiem czy nie w okolicach 70. – Pochodzę z Irlandii…

- Z Irlandii? – przerwałem mu – Czego starzec z Irlandii szuka w takim miejscu jak to?

- Zwiedzam świat mój drogi. To zawsze było pasją moich przodków, teraz jest i moją.

- To w takim razie słabą wybrał pan porę na odwiedziny na Syberii. W ogóle jestem Andrey Fiodorov.
- Więc skoro już się poznaliśmy, to może opowiesz co Cię trapi?

Opowiedziałem mu całą historię - w sumie nie miałem nic do stracenia, a sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka. Przysłuchiwał się z uwagą, czasami kiwając głową, jakby chciał powiedzieć ‘tak’. Ja popijałem czystą, on whisky. I tak doszliśmy do końca mojej opowieści. Podzielił się ze mną swoimi refleksjami, dodając jakieś mądrości życiowe, jednak jakby to do mnie nie docierało. Zapytałem więc, skąd dokładnie jest z tej Irlandii.

- Słyszałeś kiedyś o wyspie Brangaboom?

- Nieee.

- Ehh... Wy, Rosjanie. Zero zainteresowań poza piciem...

- Hej, jestem z Kazachstanu! – wtrąciłem i ponownie spojrzałem z wyrzutem na jego szklankę.

- Nieistotne, opowiem Ci więc tą historię. Według starej irlandzkiej legendy wyspa Brangaboom wyłoniła się dawno temu z morskich odmętów. Natrafiła na nią załoga pewnego statku. Kilku marynarzy zachwyconych wyspą postanowiło na niej osiąść. Kapitan stwierdził, że wróci tu na stare lata jednak gdy przypłynął tam znowu, wyspy już nie było. Zostawił jednak dokładne wskazówki synowi. Po 50 latach Brangaboom pojawiła się. Potem znowu zniknęła, aby po kolejnych 50 latach pojawić się po raz drugi, tym razem już na stałe. Wtedy też osiedlił się tam wnuk tegoż kapitana. Ten wnuk był moim dziadkiem.

- Czyli mieszkasz na tej wyspie? A gdzie ona właściwie się znajduje?

- Trochę na zachód od Irlandii, na wysokości miasta Galway.

- Ciekawa historia. A wiadomo czemu wyspa przestała znikać?

- Nie do końca. Podobno, gdy Brangaboom pojawiała się, czas płynął tam wolniej względem reszty świata, jednak później proces ten unormował się. To przyjazne miejsce, ale owiane tajemnicą.

- Jej… To musi być niezwykła kraina. Wybrałbym się tam kiedyś ale to jak już zbiję jakąś fortunę.

- Mogę Ci tam załatwić pracę. Połączoną z Twoim zainteresowaniem.

- Nieeee, no czy Ty, jesteś jakimś kolejnym prezesem?

- Dokładnie.

- Kurwa, gdzie nie pójdę to spotykam wszędzie jakichś prezesów, którzy chcą mi zaproponować coś z ich klubem. Co, mam przejąć Twój klub, bo ledwo dyszy?

- Spokojnie, synu. Już Ci wyjaśniam. W 1915 stary McAllister założył drużynę piłkarską na Brangaboom. To był wielki dobroczyńca naszej wyspy, sądzę, że nie będzie już drugiego takiego człowieka. Był niesamowicie pracowity, pomagał sąsiadom, wzór dla dzieci i młodzieży. Zawsze można było na niego liczyć, gołymi rękami wybudował pierwszy młyn na Brangaboom, organizował czas wolny aż w końcu zebrał kilkunastu mężczyzn i utworzył Brangaboom FC. Z opowiadań ojca wiem, że to były piękne czasy, kopano futbolówkę na łące, a drewniane bramki wytrzymywały wszystko. 97-letnia tradycja klubu jest dla nas dumą. Drużynę prowadził Sam, ale pewien czas temu zrezygnował z pracy twierdząc, że nie przynosi mu ona już tyle radości co kiedyś…

- I ja miałbym się w to wkręcić? Za dużo się FM-owych opowiadań naczytałeś, że pojawia się jakiś prezes z dupy i daje Ci pracę? Może zaraz się okaże, że jesteś jakimś wysłannikiem Chelsea, czy jakiegoś innego większego klubu?

- Wypij kolejny kieliszek i posłuchaj co mówię. Miałem w swoim długim życiu dużo kontaktów z różnymi ludźmi. Widzę w Twoich oczach ogromny potencjał. Zaufaj mi jak chcesz. Twój wybór.

- Ja pierdolęęę, co za dzień! Daj mi to wszystko przemyśleć… Nie potrafię podjąć decyzji tak od razu.

- Nie ma sprawy. Oto numer do mnie. Daj znać jak już się namyślisz.


Kilka dni później…

No co miałem zrobić? Zgodziłem się. Do odważnych świat należy, jestem młody. Joe obiecał mi zapłatę przy wszelkich pracach na Brangaboom, w końcu na drużynie moje życie się tam nie kończy. Rodzice byli zszokowani ale tylko na początku. „Irlandia? Niewielu naszych rodaków tam dociera… Ale idź synu, zdobywaj świat. To jest Twoje życie, może będziesz sławny? Pamiętaj jednak zawsze o tym, gdzie jest Twój dom”. Żegnając się wtedy z nimi, płakałem jak nigdy w życiu. Wiedziałem, że nie będziemy się widzieć przez długi czas, obiecałem jednak, że do nich wrócę, że będę przelewać kasę, pisać listy, że nie zaślepią mnie irlandzkie dziewczyny z czterolistnymi koniczynkami na sutkach i inne pokusy, że zapewnię im lepsze życie.

Jakiś czas potem leciałem już do Irlandii, a potem z Galway statkiem na Brangaboom. Dowiedziałem się o drużynie, że istnieje od 1915, gra w 6. lidze irlandzkiej, a jej barwy to zielono-białe. Jak wspominał Joe, mieszkańcy wyspy są związani z drużyną, szczególnie mając na względzie to, że reprezentuje ona wyspę w kraju. 6. ligę trudno jednak uznać za wielki powód do dumy. Stanowiło to dla mnie interesujące i wręcz niewiarygodne wyzwanie w moim życiu. Ot, ta, w kilka chwil z Irkucka do Irlandii.

Podróż była męcząca. Jednak w końcu dotarliśmy do naszej destynacji. Na Brangaboom nie było nawet portu. Joe zacumował przy drewnianym pomoście. Poszliśmy dróżką nieco pod górę i w najwyższym punkcie wyspy kazał mi się zatrzymać i nacieszyć oczy panoramą. Ze wzniesienia rozciągał się malowniczy widok ukazujący bezkres morza.

- Chodź – powiedział Joe – Idąc tą ścieżką wkrótce dotrzemy do osady Brangaboom.
I rzeczywiście, po kilkunastu minutach moim oczom ukazała się niewielka wioska z rynkiem, targiem, fontanną, domostwami, kościołem i wielkim zielonym plackiem ze skarpą po lewej stronie. Niewielkie miejsce z ludźmi szwędającymi się między różnymi miejscami. Oczami dostrzegłem także krzyż stojący tuż przy klifie. Czyżby jakiś samobójca?

- Joe - rzekłem - Czy ludzie mają tu jakiekolwiek problemy?

- Tu nie ma miejsca na problemy synu, chyba że chodzi o sąsiedzkie kłótnie. Czas zweryfikuje Twój wybór pojawienia się tu. A zobaczysz, że nie będziesz żałował. Tymczasem chodź, posilimy się. Przy okazji spróbujesz słynnego soku Brangaboom.

Nie mogę zaprzeczyć, że to miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie. Jak tylko się rozpakuję, będę musiał poprosić Joe, aby zabrał mnie na spacer po okolicy. Zastanawiało mnie też, co robią normalnie piłkarze. Pracują w sklepie? Mielą mąkę? 6. liga i zarobki nie mają ze sobą raczej nic wspólnego. Ja sam mam dostawać premie w pomocy przy pracach na Brangaboom i to będzie głównie źródło mojego utrzymania. 

Dotarliśmy do baru. Prowadził go poczciwy staruszek, pan Tom Smith. Mój przyjazd wywołał spore zainteresowanie i Joe natychmiast przedstawił mnie obecnym w lokalu mężczyznom w różnym wieku. Rozmawiali ze mną, poklepywali po ramieniu, grali w rzutki i popijali sok Brangaboom. Na obiad dostałem jakąś rybę morską z okrą. Podobno Smith sprowadził ją dopiero wczoraj. Smakowało wybornie, natomiast sok Brangaboom wydawał mi się początkowo zbyt kwaśny, ale później przekonałem się do niego. Joe uprzedzał abym poprzestał póki co na jednym kuflu, bo mimo nazwy "sok" potrafi zaszumieć w głowie.

Dostałem pokój w gospodzie "Pod trzema gwiazdami", jedynej w osadzie. W czasie, gdy się rozpakowywałem, Joe poszedł pozbierać chłopaków na boisko. Za kilkanaście minut miało nastąpić moje oficjalne zapoznanie z drużyną, potem podpisanie umowy, pierwszy trening, organizacja mojej pracy, wymiana uwag i różne tego typu przyjemne rzeczy. Nie ukrywałem, że się denerwowałem, choć sprawę ułatwiało to, że znałem angielski.  

Jakieś 20-25 minut później zapukał do mnie Joe. Wszyscy piłkarze byli już gotowi i czekali tylko na "Kazacha", jak poczęli mnie nazywać mieszkańcy Brangaboom. Po spotkaniu z chłopakami Joe miał mi nakreślić całą strategię, cele, misje, sytuację kadrową i tak dalej. Potem zgodził się wziąć mnie na spacer, o który go poprosiłem. Miałem mnóstwo pytań o okolicę, o starego McAllistera i o tajemniczy krzyż nad klifem. Tak zaczynała się moja wielka irlandzka przygoda. Gdyby ktoś powiedział mi, że wyląduję na irlandzkiej wyspie, uznałbym go za szaleńca. Jednakże w życiu czasem warto zaryzykować.

Idąć na boisko Joe opisał mi szybko "stadion". Na boisku trzeba regularnie dbać o koszenie trawy, bo szybko lubi zarastać. Na szczęście w klubowej szopie jest odpowiedni sprzęt, można też wypuścić owce. Trybuny w formie skarpy są w stanie pomieścić 50 osób i jest to najmniejsza pojemność w całej lidze. Na każdym z meczów będę mógł liczyć na 10 stałych bywalców, których Joe postanowił opisać mi później. Bramki wyglądały normalnie, białe, z niepodziurawionymi siatkami. W każdym narożniku powiewała chorągiewka, a za linią naprzeciwko skarpy zawsze stał dzieciak pana Morgana, który uwielbiał biegać za piłką wybijaną przez kopaczy w aut. Ponieważ tylko z jednej strony boisko było w jakikolwiek sposób zasłonięte, to często wiatr z nad otwartego morza (wybrzeże klifowe znajdowało się z jakieś 300-400 metrów od placu gry) lubił płatać rozmaite figle i urozmaicać piłkarzom grę. I w sumie to chyba tyle na temat obiektu gdzie swoje mecze rozgrywa Brangaboom FC.

(fotografia nie stanowi idealnego odwzorowania obrazu tkwiącego w wyobraźni autora)

Zobacz także

  • Kategoria
  • Tytuł materiału
  • Autor
  • Kiedy
FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update 2016 Jedyny w Polsce dodatek do FM 2016 umożliwiający grę w II, III, IV oraz V lidze!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
FM 2016 Revolution Update Aktualizacje składów do FM 2016, ze szczególną myślą o polskich graczach.
Talenty do FM 2016 Znajdziesz u nas ponad 300 nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
FM 2017 - co już o nim wiemy? Pierwsze spekulacje i przecieki na temat nowej gry Sports Interactive.
Copyright © 2002-2017 by FM Revolution