ARTYKUŁY

Całe zdarzenie miało miejsce w wakacje. Szedłem spokojnie ulicą święty Marcin w Poznaniu aż nagle drogę zajechało mi czarne BMW z przyciemnianymi szybami. Otworzyły się drzwi i wysiadło z nich kilku jakże uprzejmych panów w szeleszczących ubrankach z czterema paseczkami.
- Pójdziesz z nami!
- Ale panowie o co chodzi?! Ja nic nie zrobiłem, nic nie wiem mpfpfm...
Więcej nie zdążyłem powiedzieć ponieważ jeden z nich zakneblował mnie i zawiązał mi oczy. Poczułem jak mnie wrzucają do bagażnika. Jechaliśmy tak z 10-15 minut. Podsłuchałem trochę rozmowy jakie przeprowadzali między sobą porywacze.
- Ej ty ku*** myślisz, że ten c*** coś nam pomoże ??
- Spokojnie Zenek, szefo mówił że to najwyższej klasy specjalista więc ku*** loozio.
O co im chodzi? Przecież ja nic nie potrafię poza posmarowaniem chleba masełkiem, jestem kompletną łamagą. Rozmyślając o co im chodzi, zdążyliśmy dojechać na miejsce. Bagażnik się otworzył i usłyszałem jakże miłe słowa:
- Wyskakuj c***u.
Zaprowadzili mnie do jakiegoś budynku. Denerwowało mnie to ciągłe szeleszczenie jakie dochodziło z ich strony. Nagle zatrzymaliśmy się...
- Pani Basiu, pani otworzy – my do szefa.
- Już otwieram panie Mareczku.
Weszliśmy do pokoju. Było tu bardzo jasno – widziałem to nawet przez chustę jaką miałem na oczach.
- Szefuniu jesteśmy.
- A taaaak taaaak. Więc to ty jesteś Radłowski... No ładnie ładnie. Parę razy widziałem ciebie tutaj.
Jak to tutaj?! Czyli ja już tu musiałem być. Czułem się nieswojo, bardzo nieswojo. Byłem przerażony. Nie wiedziałem co robić. Chciałem krzyczeć o pomoc.
- Maras, ale już ściągnijcie mu tą chustę.
Marek tak też uczynił. Moim oczom ukazał się gabinet pełen zdjęć. W gablocie stały liczne puchary a wśród nich za Mistrzostwa Polski w latach 1983, 1984, 1990, 1992 i 1993. W tym momencie wiedziałem gdzie jestem. Byłem w 100% pewien. To siedziba mojego ukochanego klubu – Lecha Poznań. Za biurkiem majestatycznie siedział prezes Majchrzak popalając cygarko.
- Słyszeliśmy że jesteś dobry w te klocki.
- Jakie klocki? Lego nie bawię się już od roku !
- Eee? Nie nie ... Nie oto chodzi – prowadzenie klubu piłkarskiego. No wiesz managerka i te sprawy. Podobno miałeś z tym kontakt. Słyszałem też ze skończyłeś szkołę trenerską Championship Manager. Gdzie jest ta szkoła?
O co mu chodzi? Szkoła trenerska Championship Manager ? Przecież to gra... Owszem miałem z nią kontakt... Ale o jaką szkołę chodzi do cholery?!
- Eee... w Boliwii panie prezesie.
- Ooo no to widzę ładny warsztat i duży potencjał chłopcze- prezes Majchrzak zaciągnął się cygarem – Dostajesz propozycje nie do odrzucenia...
- Ale, że co...
- Będziesz prowadził nasz zespół, póki co incognito. Będziesz wydawał polecenia za trenera Baniaka ale chwilowo to on będzie uważany za głównego trenera. Wiesz – nie możemy podać do prasy informacji że nasz zespół przejmuje 16-latek.
- No dobrze dobrze rozumiem. Ale ja mam szkołę. Nie mogę opuścić szkoły. Matka mnie zabije.
- No widzisz i tu jest twój problem – albo matka cię zabije albo pan Mareczek.
Spojrzałem na tego wielgachnego ochroniarza w najnowszym dresie Adidasa. Wymachiwał już kastetem i łańcuchem. Przełknąłem ślinę i odparłem :
- No dobrze...
- Genialnie. A więc tu masz kontrakt. Podpisz tu, tu, tu, tu i tu. Aha no i jeszcze tu i tu. Witamy w naszym klubie panie Radłowski. Klubowy dresik odbierze pan u pani Basi. Jutro chcę cię tu widzieć o 9 rano z przygotowanym planem transferowych i proponowaną taktyką. Przedstawię ci twoją kadrę tuż po malutkim meczu jaki na jutro zaplanował trener Baniak. Potem ty przejmujesz dowództwo...
- Ale...
- Żadnych ale... Do zobaczenia jutro o 9. Żegnam. Mareczek odwieź go do domciu bo się jeszcze szczeniak zgubi.

I tak też minął ten dzień. Leżałem w łóżku i zastanawiałem się jak powiedzieć matce że rezygnuje z nauki w najlepszym liceum w Poznaniu na rzecz pracy trenerskiej w
poznańskim Lechu. Nagle mama wróciła z pracy. Podszedłem i orzekłem :
- Mamo nie idę do liceum, będę trenował piłkarzy Lecha.
Mama roześmiała mi się w twarz, po czym poszła obierać ziemniaki. No zajebiście – pomyślałem – tylko co ja teraz zrobię. Poszedłem na górę, odpaliłem CM i zacząłem się zastanawiać nad taktyką jaką będzie grał mój (jak to pięknie brzmi) zespół. Zachowałem taktykę na dyskietce, spakowałem do plecaka płytę z CM, przebrałem się w piżamkę w żabki i poszedłem spać. Budzik ustawiłem na 8 jako, że do stadionu mam jakieś 10 minut drogi.

Zaspany wstałem, umyłem włosy, zęby. Nagle spojrzałem na zegarek
- O k****. Jest 10. Budzik nie zadzwonił.
Szybko się ubrałem i pobiegłem na stadion. Miałem wiele szczęścia bo wewnętrzny sparing się trochę przedłużył. Stanąłem przy bocznej linii boiska i usłyszałem
- Tee gówniarz spadaj stąd.
To trener Baniak nieświadom tego z kim rozmawia. Olałem go i oglądałem mecz dalej. Serce mi się krajało jak patrzyłem na te ich „zagrania”. Michał „Primadonna” Goliński rozpędzał się niczym żółw, Piotrek Reiss walił po trybunach a Krzysiek Piskuła starał się ucelować w piłkę, co mu zbytnio nie wychodziło. Pomyślałem „O cholera – jak ja coś z tym zespołem osiągnę to będzie to największy cud od zmartwychwstania Łazarza”. Podszedł do mnie prezes Majchrzak.
- No witam szanownego trenera.
Trener Baniak spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem
- Więc na moje miejsce zatrudniliście tego gówniarza ?! O ja pie*****...
- Boguś trochę szacunku. Chłopak jest lepszy od ciebie. Skończył szkołę trenerską w Boliwii a ty nawet podstawówki nie zaliczyłeś.
Baniak lekko zdenerwowany usiadł na ławkę.
- Panie prezesie przyniosłem specjalny program trenerski ze szkoły w której się uczyłem – nazywa się Championship Manager. No i taktykę też dokładnie opisałem. Wszystko mam w plecaku.
- Cicho chłopcze. Mów ciszej. Wysłannicy Legii czają się wszędzie.
- Eee?! No dobra. To kiedy przedstawi mi pan chłopaków?
- Spokojna twoja rozczochrana. Zaraz kończymy sparing to pogadasz z nimi w szatni.

Do szatni wszedłem krokiem pewnym. Piłkarze Lecha spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Witam, nazywam się Michał Radłowski. Jestem waszym nowym trenerem.
Piłkarze spojrzeli po sobie. Wszyscy wybuchli śmiechem. Część z nich tarzała się ze śmiechu po podłodze, drudzy płakali. Norbertowi Tyrajskiemu aż spadł ręcznik – wtedy i ja mogłem się uśmiechnąć (nie powiem dlaczego:D).
- Mowie całkowicie poważnie. Zostałem wczoraj zatrudniony przez prezesa Majchrzaka. Wiem że trudno w to uwierzyć. Zapraszam do sali konferencyjnej gdzie omówię sprawy związane z moim warsztatem, taktyką. Porozmawiam także z każdym z zawodników z osobna. Dla niektórych z was zabraknie miejsca w moim zespole. Przygotujcie się na wielki wysiłek na treningach, liczę na pełne zaangażowanie z waszej strony.
- Wolne żarty – burknął Czereszewski – Mam pracować z 16latkiem ? Po moim trupie...
- Sylwek, wyluzuj bo zawołam pana Mareczka. A więc jakieś pytania do mnie? Nie? A więc zapraszam do sali.

Po omówieniu spraw zespołowych i taktyki zyskałem wiele w oczach zawodników. Mówili że jeszcze nigdy nie widzieli tak genialnie rozpisanej taktyki. Omówiłem każdy nawet najdrobniejszy szczegół. Moje rozmowy z piłkarzami zostały drastycznie ograniczone czasowo ze względu na spotkanie z prezesem. Z pełnym uśmiechem na ustach i workiem bananów wszedłem do gabinetu Radka.
- Witam Michaś
- Nie mów do mnie Michaś! Czy ja wyglądam na jakiegoś k**** pokemona?! Skończ z tym. Ja nie Baniak...
- Dobrze, już dobrze. Widzę że jesteś bardzo porywczy... No a więc słucham.
- Radku kochany, potrzebuje nową kadrę szkoleniową, ta tutaj zupełnie się nie nadaje. Przydałby się także jakiś dobry napastnik z zagranicy. Wiesz taki za darmo, z kartą na ręku. Z tego co wiem to Krzysiek Staniek właśnie wrócił z Hiszpanii. Jakbyś był tak uprzejmy i podesłał mi potem listę napastników poniżej 21 roku
życia byłbym bardzo wdzięczny. To chyba na tyle – z resztą sobie poradzę.
- No dobrze. A tak przy okazji – dziś przyszedł fax z Polonii od Janusza Romanowskiego. Chciałby zakupić Waldka.
- Krygera ?! Buahah. Chyba zwariował... Za żadną cenę. To będzie filar mojej obrony. Dobrze, to ja czekam na tą listę i przejrzę ją potem w domu. Póki co idę obejrzeć trening U-16. Aha i jeszcze zadzwoń do Andrzejka Grajewskiego. Chętnie zagram z nimi sparing. No to do jutra.
Dostałem listę. Nie była ona zbyt długa. Zawierała jedno nazwisko – Monti. Ponoć bardzo utalentowany zawodnik – szybki, zwrotny, genialny egzekutor. Nie miałem wyboru, z taką opinią musiałem go zatrudnić. Przy okazji przyjrzałem się liście wolnych trenerów którzy pasowaliby do mojej kadry szkoleniowej. Pierwszy na liście widniał Henryk Ciasnota. Ciasnota, Ciasnota ... Hmmm skąd ja znam to nazwisko... Toż to mój wujek! Z pewnością nie odmówi. Wziąłem telefon i zadzwoniłem. Zaakceptował bez zawahania. Przy okazji powiedział mi, że jego kolega Stale Solbakken – wielokrotny reprezentant Norwegii – również poszukuje pracodawcy. Cóż mogłem zrobić. Napisałem maila i otrzymałem pozytywną odpowiedz. Tak więc kadra szkoleniowa wyglądała coraz ciekawiej. Przydałby się jednak ktoś do szkolenia bramkarzy. Tyrajski potrzebuje fachowca najwyższej klasy. Na liście znalazłem Brazylijczyka Valdira Joaqima de Moreasa – byłego trenera Cruzeiro, którego wychowankiem jest słynny Ronaldo. Kogoś takiego potrzebowałem. Zaoferowałem duży kontrakt od razu. Trenerzy są – czekamy na odpowiedź od Montiego.

Minęło kilka dni. Wszedłem do gabinetu prezesa. Czekał tam na mnie Radek wraz z pewnym młodzieńcem o ciemnej karnacji.
- Michale, oto twoja gwiazda Monti. Kontrakt już podpisany.
- Hello Monti, ja trener, coach, no wiesz k**** taktyka guten morgen sell i buy. To ja ciebie buy.
- Aaa yes yes, i understand.
Chłopak wydał się bardzo sympatyczny. Na znak uwielbienia dla naszego klubu ściął swoje długie, kruczoczarne włosy. Nie mógł się już doczekać sparingu z Widzewem. Bardzo polubił się ze swoim partnerem z ataku Piotrkiem Reissem. I tak pod znakiem poznawania nowego nabytku upływały kolejne dni. W końcu nadszedł 2 czerwiec – mecz sparingowy z Widzewem. Po ustaleniu wyjściowej jedenastki i graczy rezerwowych z emocjami przystąpiłem do meczu. A stadion pofatygowało się ok.. 2500 widzów. Lech grał bardzo uważnie w obronie, trochę gorzej szło nam w ataku. Monti w ciągu pierwszych 10 minut oddał 4 strzały ale niewiele to dało. Już w 20 minucie odesłany do szatni został Piotr Reiss za uderzenie Andjelkovica. Wiedział już, że czeka go rozmowa ze mną. W przerwie meczu opieprzyłem niemiłosiernie drugą linię, która jakby przespała pierwszą część spotkania. Kazałem im rozjechać tych kelnerów. Możliwe ,że ta rozmowa była powodem strzelenia przez Sylwka Czereszewskiego bramki w 67 minucie bezpośredni z ... rzutu rożnego. Była to zwycięska bramka jak to się później okazało. Następnego dnia wyczytałem, że styl gry prezentowany przez Lecha w tym meczu był godny pożałowania. No trudno było się nie zgodzić. Na pochwałę zasługiwał praktycznie tylko Monti, który koniecznie chciał się w tym meczu wykazać. No i może jeszcze Tyrajski który miał kilka pewnych interwencji. Musiałem się zastanowić na treningiem. Co im zaproponować. Trzeba było popracować nad szybkością tak więc poleciłem Solbakkenowi aby każdy trening rozpoczynał od biegania po pobliskim lasku Marcelińskim.
Z lekkim niepokojem patrzyłem na wzmocnienia jakie szykowała krakowska Wisła. Ściągnęli już Gajtkowskiego i Grzybowskiego. Aż strach się bać. Klubowa kasa świeciła pustkami. Nie było mowy o dalszych wzmocnieniach. Do inauguracji sezonu z Amicą zostało 12 dni. Bałem się tego. Wieczorem leżałem w swojej ukochanej piżamce w żabki przytulony do pluszowego misia. Spytałem się go co mam robić. Niestety nie odpowiedział ale miał taki wyraz twarzy jakby chciał powiedzieć: „Zaraz ci wpie***le”. Wolałem już o nic nie pytać, przeczekać te 12 dni.

Romanowski dalej dobijał się o Krygera proponując coraz to wyższe kwoty. Nie było mowy o sprzedaży. Przynajmniej w tym sezonie. W międzyczasie Wisła dostała ostre lanie od warszawskiej Legii w Superpucharze Polski. Warszwianie „rozjechali” Wisłę 4:0. Przegląd Sportowy aż wrzał, sugerowali że posypią się głowy w klubie pod Wawelem. Nie przejmując się tym zbytnio zobaczyłem w lewym górnym rogu PS kwadracik z napisem „Już jutro – patent na zwycięstwa Lecha Poznań – młodociana broń”. Przestraszyłem się myśląc że chodzi o mnie, że wszystko wyjdzie na jaw. Wolałem nie myśleć co mi zrobi pan Mareczek swoim łańcuchem i kastetem gdy się o tym dowie. Przełknąłem ślinę i poszedłem do domu pisać testament - „Komputer zapisuje Kółkowi Matek Różańcowych, piżamkę w żabki tacie a kolekcję filmów porno kuzynowi”. Okazało się jednak, że nie chodziło wcale o mnie a o Montiego z którym PS przeprowadził dyskretnie króciutki wywiad. Cieszyłem się że młody Hiszpan nie puścił pary z gęby na mój temat.
W końcu nadszedł długo oczekiwany przeze mnie dzień – 27 lipiec. Niestety ta sama data okazała się bardzo pechowa dla Reissa, który tegoż dnia wyleciał na 3 tygodnie ze składu z kontuzją. Tak więc lekka korekta w składzie – Bugaj za Reissa.
Mecz od początku układał się po naszej myśli. Już w 3 minucie Marek Bajor został wywalony z boiska a sędzia podyktował rzut karny. Słyszałem tylko z sąsiedniej ławki trenerskiej jak trener Jabłoński odgrażał się, że zabierze mu mikrofalówkę i lodówkę. Dziwna metoda szkoleniowa... Artur Bugaj bez problemu wykorzystał jedenastkę. Trener Baniak był bardzo zadowolony z początku meczu. Latał wokół ławki wykrzykując:
-Taaaak k**** gol, jest k**** gol, ja pier**** goool, k**** kocham was k****, wszystko k**** dzięki mnie k****.
Tak to Boguś okazywał swoją radość. Najwidoczniej zapomniał kto tak naprawdę jest trenerem i czyją zasługą jest ta bramka. Postanowiłem o tym porozmawiać jutro z Majchrzakiem.
Nie minęło nawet 10 minut a już było 2:0 dla Lecha. Swoją szansę wykorzystał młody Tomek Lewandowski – notabene wychowanek wronieckiego klubu. Baniak poinformował mnie:
-Dobra młody, kontroluj sytuację a ja idę siku.
Co on sobie myśli...No ale nic. Po około 10 minutach zauważyłem Baniaka na koronie stadionu dumnie pożerającego parówkę z grilla. Ehh – westchnąłem. Wiedziałem że szykuje się poważna rozmowa z Radkiem. Tym czasem skończyła się pierwsza połowa. Nie musiałem mobilizować chłopaków w szatni, prosiłem tylko o zachowanie spokoju i nie cofanie się drastycznie pod swoją bramkę. Genialną partię rozgrywał Monti, który zaliczył dwie asysty. Już był pupilkiem publiczności. Kibice skandowali wielokrotnie jego nazwisko a nawet zrobili na jego cześć falę. Monti był zachwycony atmosferą jaką stworzyło 15000 kibiców. Czas było wyjść do drugą połowę. W hallu minąłem Baniaka, który zamawiał przez komórkę Telepizze. Już w 60 minucie meczu Boguś opychał się zamówioną przez siebie Margherittą. Wydawało mi się to tak samo śmieszne jak i żałosne. Postanowiłem przeprowadzić dwie zmiany Ściągnąłem Piskułę i Bugaja a wprowadziłem Ślusarskiego i Czajkowskiego. Do końca inauguracyjnego meczu już nic się nie zmieniło – wygraliśmy 2:0. Prezes Majchrzak był tym bardzo zadowolony i obiecał mi dodatkowe fundusze na szkolenie zdolnej młodzieży. Cieszyłem się ogromnie z postawy Montiego. Po meczu podszedłem do niego i powiedziałem:
-Yes, good grasz, very very, guten morgen Coca-cola.
-Aaa yes i understand – odrzekł.
Następnego ranka wykupiłem wszystkie możliwe dzienniki jakie były do kupienia by przeczytać recenzję z meczu. Większość z nich była bardzo pozytywna. W Przeglądzie Sportowym nominowano Montiego, Tyrajskiego i Krygera do „Jedenastki kolejki”. Gra moich podopiecznych była dobra aczkolwiek wiedziałem że można a nawet trzeba ją zdecydowanie poprawić. Jeszcze tego samego dnia wprowadziłem pewne zmiany w treningu. I dało to zamierzony efekt. Wieczorem przyszedł do klubu fax od
Michasia z ul. Miodowej. Prezes Majchrzak miał się w ciągu tygodnia stawić w siedzibie PZPNu i wytłumaczyć co robił na ławce trenerskiej młodzieniec, który do tego wydawał polecenia piłkarzom. Czuje że szykują się jakieś sankcje. Jezu żeby tylko Radek coś wymyślił. Chwilowa niepoczytalność? Odwiedziny dziecka z Kambodży? Każde wytłumaczenie jest dobre bylebym tylko mógł pracować dalej z moim zespołem. W postscriptumie Listkiewicz napisał iż w trzeciej rundzie pucharów zmierzymy się z Zagłębiem Sosnowiec. Jest więc okazja na przyciągnięcie kibiców. Od razu zaznaczyłem Radkowi że musi zmobilizować siły policyjne i ustawić sektor buforowy (sektorem tym zawsze jest sektor 15). Do meczu pozostały 3 dni. Czas zleciał bardzo szybko. Doktor Mariusz Lis poinformował mnie o stanie zdrowia Reissa. Sprawa wyglądała już dużo lepiej. Kontuzja szybko ustępowała. Wiadomość o tyle ciesząca że z Bugajem w składzie to mogłem tylko liście na drzewie pompować.
25 lipca o 17.00 przystąpiłem do meczu z Zagłębiem. Nadal bez Piotrka. Na nasze nieszczęście genialnie dysponowany tego dnia był bramkarz gości Robert Stanek. Wyciągał wszystkie strzały, wyglądał bardzo pewnie. W pierwszej połowie mecz ograniczał się tylko do szaleńczych ataków Lech i szczęśliwych parad Stanka bądź też słupków. W pierwszej odsłonie spotkania naliczyłem ich aż 3. W przerwie powiedziałem do chłopaków:
-K**** panowie co to jest ?! Chcecie odpaść w 1 rundzie ? Te pachołki nie oddały żadnego strzału a wy stoicie i sikacie przed nimi w majtki. K**** Kolejorz do boju i to już. Bo nie będzie darmowego piwka po spotkaniu i wezwę pana Mareczka żeby was trochę zmotywował do lepszej gry. Macie być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”, jak bullterrier. Dopóki nogi nie są połamane mecie zapier***** za tą je***** piłką. A teraz przepraszam muszę na klopa.
Gdy już załatwiłem swoje potrzeby chciałem wyjść. Ale co to ?! Drzwi się zatrzasnęły. Nie mogłem wyjść. „Jasna cholera” pomyślałem. Takie rzeczy zawsze zdarzają się mnie. Nie Fergusonowi, nie Del Bosque ale właśnie mnie. Usłyszałem tylko gwizdek sędziego który oznaczał rozpoczęcie drugiej połowy spotkania. 3 minuty ciszy i nagle okrzyk wielkiej radości jaki wydarł się z 9000 gardeł. Wiedziałem, że strzeliliśmy bramkę. Niepokoiła mnie tylko ta cisza. Miałem nadzieję że prowadzimy 1:0. Zacząłem się modlić. Spojrzałem do góry i ... zobaczyłem szyb wentylacyjny. No to co miałem zrobić...Stanąłem na kibelku i już śmigałem po systemie wentylacyjnym. Nie było to wcale łatwe zadanie. Czołgałem się tak kilkanaście minut aż zobaczyłem kolejne wejście do szyby. Podpełzłem i okazało się że trafiłem do punktu wyjścia. Nie mogłem się skupić. Wszystkie moje myśli zagłuszali kibice którzy swoimi radosnymi pieśniami skutecznie dopingowali Lecha. Wkońcu cudem udało mi się wydostać. Wyszedłem szybem wentylacyjnym na ulicę Ptasią która graniczy ze stadionem. Czym prędzej pobiegłem do bramy stadionowej aby się dostać. Jednak uprzejmy pan ochroniarz nie chciał mnie wpuścić i jakże uprzejmym tonem powiedział:
-Spier**** k**** c**** co ty sobie k**** myślisz. Bilet se k**** kup.
-Ale ... ale ja jestem... a zresztą. I tak nie uwierzysz. O oo pan Marek. PANIE MARKU !! Tutaj, tuuuu.
Pan Mareczek szybkim krokiem zbiegł po stadionowych schodkach
-Co jest Michu? Co ty tu robisz ?! Powinieneś być na murawie.
-Wiem wiem. Zatrzasnąłem się w kibelku
Na twarzy pana Marka pojawił się uśmiech.
-No to dalej właź a z tobą debilu policzę się później. Czy ty k**** wiesz kogo nie chciałeś wpuścić ?! Nieważne...
I tak dostałem się z powrotem na stadionie. Razem z panem Markiem o wiele łatwiej było mi się dostać na ławkę trenerską. Zobaczyłem jak Baniak popija coś z podejrzanej buteleczki, którą przed chwilą wyjął zza pazuchy. Pewnie jakąś wódeczkę albo coś. Ahh szkoda słów. Spojrzałem na tablicę świetlną. Było 1:0 tak jak przypuszczałem. Bramkę w 48 minucie strzelił Bugaj. „Ponownie Bugaj- pomyślałem –no cholera, chłopak jest w formie”. Była już 70 minuta więc przeprowadziłem
kilka zmian
-Araś, Ślusarz wchodzicie
Do schodzącego Bugaja powiedziałem
-Kurde chłopie no genialnie, gratuluje. Popracujemy trochę na treningach i będziesz taki napastniczek ze Lato i Boniek się schowają.
W końcu swoją pierwszą bramkę w barwach Lecha strzelił Monti. Zrobił to w 80 minucie nożycami. Piękna bramka określana mianem „stadiony świata”. Przynajmniej według mnie. Chwilę potem zrzedła mi lekko mina ponieważ na listę strzelców wpisał się Miśkiewicz. Widziałem lekkie podłamanie w oczach chłopaków, że jakiś kelner im bramkę zasadził.
-Panowie gramy, gramy. Nic się nie stało – krzyknąłem
I już dwie minuty potem przepięknym uderzeniem z 25 metrów prosto w okienko popisał się nie kto inny jak Krzysio Piskuła. Zenek już na treningach strzelał podobne bramki. Bramka ta bardzo mnie ucieszyła. Koniec meczu – 3:1. Mecz musiałem ponownie obejrzeć na wideo, przeanalizować to czego nie widziałem. Po meczu prezes Majchrzak ponownie mi pogratulował. Zawiązywała się między nami przyjaźń – wiedziałem że w każdej chwili mogłem iść do niego i porozmawiać o sprawach klubowych a ten na pewno nie odmówiłby pomocy. Siedząc wieczorem w łóżku w pidżamce w żyrafy (ponieważ ta w żabki pobrudziła się dżemem) rozmyślałem, wyobrażałem sobie jak odbieram puchar za Mistrzostwo Polski. A nie było to wcale takie nierealistyczne. Widziałem w grze swoich podopiecznych pewne poruszenie, widziałem ze dociera do nich to co mówię, że odnosi to skutek. I to radowało. A propos incydentu z toaletą – ktoś zastawił drzwi szafą. To nie był przypadek ale celowo wymierzony we mnie „atak”. Al-kaida ? Andrzej Lepper? Sam już nie wiem co o tym myśleć. „Przedstawię całą sprawę jutro Radkowi” pomyślałem.
Rano w siedzibie klubowej po krótkiej rozmowie z Majchrzakiem na temat szafy, przedstawiony mi został pomysł zagospodarowania terenów pod czwartą trybuną jaka ma być wybudowana w najbliższym planie. Radek zaskoczył mnie również informacją że cały dług klubowy już został zredukowany. Poinformował mnie też o pomyśle związanym ze sklepem piłkarskim z przedmiotami związanymi z Lechem. Pomysł genialny. Zwłaszcza jak ma się tak znakomitego producenta jakim jest firma Lotto.
-A co powiesz Radziu by zastrzec dla kibiców numer 12 na koszulkach ? Pomyśl sam. Dodatkowy produkt do sklepu, poruszenie w mediach, unikat na skalę światową – czysta ekonomia.
-Jezu chłopie ty masz łeb na karku. Ejj jeszcze wpadłem na pomysł żeby wypuścić na rynek ogórki z logo Lecha. Co ty na to ?
-Eee? Ogórki?
-No w ostateczności mogą być papryki.
-Hmm no nie wiem. Pomyślimy Radku. Przemyśl to jeszcze raz, ale bardzo dokładnie. Aaa Piotrek już wrócił, wszystko dobrze, po kontuzji nie ma ani śladu. Na pewno zagra w następnym meczu ze Szczakowianką.
Do meczu z zespołem z Jaworzna zostały 3 dni. Musiałem przejrzeć dokładnie notatki, które przygotował dla mnie Czesiek Jakołcewicz. Miałem także kasetę z meczem poprzedniej kolejki z GKSem Katowice. Szczakowianka wygrała tamten mecz 3:1 i przewodziła w tabeli. No cóż robić. Zastąpiłem Bugaja Reissem ale obiecałem mu że na pewno wejdzie na drugą część spotkania. Piotrek od początku meczu wykazywał ogromną chęć do gry jednak mimo szczerych chęci i pięciu oddanych strzałów nie był w stanie skierować piłki do siatki. Ba, nie potrafił nawet ucelować w bramkę. Tak więc w przerwie zastąpił go Artur Bugaj. Zmieniłem także Łukasza Madeja który miał chyba słabszy dzień albo miesiączkę. W każdym razie grał grubo poniżej oczekiwań. Do przerwy 0:0. Kibice strzelają rzuty karne rezerwowemu bramkarzowi – Luncikowi. Wszyscy trafiają i zdobywają nagrody. Publika świetnie się bawi ale brakuje im bramek. Zmartwił mnie fakt iż kibice gwizdami pożegnali schodzącego z boiska Reissa. Musiałem się potem ostro napracować na prywatnym spotkaniu z nim aby przywrócić mu wiarę w swój talent, umiejętności. W drugiej połowie talentem błysnął Monti który w 63 minucie pokonał główką bramkarza gości. Kibice szaleli. Prezes Majchrzak już dzwonił do siedziby Lotto
aby ci wypuścili na rynek szaliki z nazwiskiem napastnika rodem z Hiszpanii oraz t-shirty z napisem „Monti kocham cię, chcę mieć z tobą dziecko”. Trener Baniak tymczasem postanowił umyć nogi i udał się w tym celu do szatni. Widać było że kompletnie nie zależy mu na klubie, na piłkarzach, na własnej posadzie. „Amator” pomyślałem. Monti strzelał i strzelał ale wstrzelić się nie mógł. Oddał 9 strzałów ale wśród nich znalazł się właśnie ten który zapewnił nam 3 punkty i prowadzenie w tabeli. W tym momencie wiedziałem że Monti będzie wielki. Już od pierwszego meczu pupilek kibiców. Wspaniały chłopak. Zbyszek Boniek będąc na meczu szepnął podobno do Radka że to prawdziwy diament, perełka. Moim zdaniem musiał bardzo ostro poćwiczyć nad wykańczaniem akcji. Przydzieliłem mu oddzielny trening. Przegląd Sportowy ponownie wybrał go do „Jedenastki kolejki” a nawet uznali go graczem kolejki. Pokazałem mu gazetę i powiedziałem
-Aaa yes yes, good job, Coca-cola, guten morgen, talent, gwiazda, no wiesz Hollywood
-Aaa yes i understand
Cena tego młodzika rosła z dnia na dzień. Obserwowali go wysłannicy Atletico Madrid jednak ja wiedziałem iż chłopak ten związany już jest emocjonalnie z Lechem i nie będzie się chciał z tym klubem rozstać. W prywatnej rozmowie wyznał mi że w najbliższym ligowym meczu z Wisłą postara się strzelić bramkę i zrobić kołyskę na cześć nowo narodzonej córki którą postanowił nazwać polskim imieniem. Szkoda tylko że imię jakie wybrał to ... Andrzej. No ale cóż, jego córka. W perspektywie rysował się już rewanżowy mecz z sosnowieckim Zagłębiem. Do wyjazdu szykowali się także sympatycy naszego klubu, którzy obiecali stawić się licznie na stadionie przy ulicy Kresowej. Zjawiło się też wielu sympatyków warszawskiej Legii tak więc była odwieczna rywalizacja tych dwóch klubów. Natomiast ja tłumaczyłem chłopakom by raczej zagrali dziś na pół gwizdka ponieważ o wiele ważniejszy jest mecz w Krakowie. Jednakże ci uparli się że zagrają by wygrać jak najwyżej. Taka postawa mi się podobała, ale miałem nadzieję że zdążą odpocząć do meczu z krakowską Wisłą. Już w drugiej minucie bramkę zdobył Monti jednakże została ona anulowana ze względu na rzekomy spalony. Sędzią liniowy miał okulary grubości denek od słoika tak więc na pewno był obiektywny i widział spalonego. Baniak tymczasem postanowił wydepilować sobie nogi. Widziałem że jego zachowanie coraz bardziej denerwowało Radka. To była szansa dla mnie – wiedziałem że już wkrótce będę oficjalnie pierwszym szkoleniowcem Lecha. Jak mówi słynne piłkarskie przysłowie „Niewykorzystane sytuacje się mszczą” bramka ze spalonego szybko się zemściła. W 11 minucie Norberta Tyrajskiego pokonał Ossey – Gabończyk mający na koncie 18 meczów w reprezentacji tego kraju. Piotrek Reiss pokrzykiwał na swoich kolegów, próbował ich zmobilizować. Przypomniał o skrzynce piwa, która czekała na nich w klubowych autokarze w przypadku wygranej. Piotrek wiedział co robi. Już 5 minut później Monti strzelił dwukrotnie w poprzeczkę, by minutę przed końcem pierwszej połowy skierować piłkę do siatki gospodarzy. Asystę zaliczył Piotrek Reiss, który podał piłkę do Montiego piętką z linii pola karnego. Załamani piłkarze Zagłębia całkowicie stracili chęć do gry. Woleli iść już do domu i obejrzeć Teletubisie. W szatni na lewą kostkę narzekał Krzysio Michalski więc postanowiłem go ściągnąć z boiska. Druga połowa nie przyniosła już więcej bramek i mecz zakończył się wynikiem 1:1. Dało nam to awans do kolejnej rundy. Kibice po meczu skandowali nazwisko Baniaka przypisując mu wszystkie zasługi za zwycięstwa.
Następnego dnia w siedzibie klubu rozsiadłem się w wygodnym fotelu z kartką papieru i ołówkiem. Pospiesznie naszkicowałem boisko i odłożyłem wszystko na stół. Do pokoju weszła pani Pelasia.
-Kawka dla pana, panie Michale.
-Dziękuje, dziękuje bardzo pani Pelasiu. Proszę postawić ją na stole.
Pani Pelasia postawiła kawkę akurat na mojej kartce papieru. Odcisnął się na niej ślad filiżanki. To było to !! Gra rotacyjna z wymianą piłek w
środkowej części boiska. Wybiegłem z pokoju, ucałowałem panią Pelasię i udałem się do domu na obiadek. W planach miałem także przyszykowanie mowy na odprawę przedmeczową. Termin meczy z Wisłą zbliżał się nieubłaganie. Szlagierowo zapowiadający się pojedynek coraz bardziej przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Czułem ogromną presję ze strony działaczy i kibiców. Wiedziałem że to jeden z najważniejszych meczy w sezonie, że nie mogę zawieść. Dzięki pani Pelasi miałem taktykę, teraz trzeba było się modlić o nieskuteczność ze strony Żurawskiego i Kosowskiego. Do Krakowa udaliśmy się w piątek wczesnym porankiem. Mieliśmy zatem trochę czasu na rozmowy. Indywidualne rozmowy z każdym piłkarzem, dokładne omówienie koncepcji gry, lekki rozruch przed meczem – wszystko to miało nam pomóc w zdobyciu trzech punktów w pojedynku z Białą Gwiazdą. Mecz zyskał duży rozgłos w Polsce. Transmitował go Canal+. Tomek Smokowski powiedział przed meczem: „Starcie tytanów, to będzie pojedynek na szczycie. Każdy może wygrać, każdy może przegrać i każdy może zremisować. Moim zdaniem ten kto strzeli więcej bramek zdobędzie komplet punktów. Według bukmacherów faworytem dzisiejszego pojedynku jest Odra Wodzisław”. Niezbyt to było dla mnie zrozumiałe no ale cóż. Pełne trybuny, masa kibiców z Poznania, aż chciało się grać. Moim piłkarze wyszli dodatkowo zmobilizowani finansowo. Prezes obiecał dodatkowe premię. Przyniosło to skutek w 45 minucie kiedy to piłkę do siatki skierował Sylwek Czereszewski. Na boisko wbiegł nagi kibic Lecha głośno manifestujący swoją radość ze strzelonej bramki. Ochroniarze szybko się nim zajęli a dodatkową opieką otoczył go pan Mareczek który zapewnił mu kilka ładnych siniaków w okolicach tylnich. Rozradowani strzeloną bramką piłkarze gości schodzili do szatni z pieśnią na ustach. Uspokajałem ich, tłumaczyłem, że czas na radość przyjdzie po meczu. Postanowiłem zmienić Reissa, który grał zdecydowanie poniżej oczekiwań. Na boisko wszedł Bugaj, który na treningach wykazywał się szczególną chęcią do gry. Czekałem także na bramkę Montiego, którą miał zadedykować córeczce. Jednak już w 52 minucie Monti zamiast strzelić bramkę będą sam na sam z bramkarzem zachował się bardzo dojrzale i oddał piłkę lepiej ustawionemu Lewandowskiemu, który bez problemu skierował piłkę do siatki. Lewandowski założył koszulkę na głowę. Odsłonił przy tym t-shirt który był ukryty pod klubową koszulką. Widniał na niej znajomy napis „Aaa yes i understand”. Słowa wypowiadane przez Montiego (bodajże jedyne) bardzo przypadły do gustu kolegom. Komórka prezesa Majchrzaka ponownie rozgrzała się do czerwoności. Zamówił koszulki, szaliki, proporczyki, spinki, ogórki i wszelkie inne rzeczy na których można było nadrukować słynne już słowa młodego Hiszpana. Montiemu nie udało się już strzelić upragnionej bramki. Mecz zakończył się rezultatem 0:2 dla piłkarzy poznańskiego Lecha. Lech wracał do Poznania bez Bogusława Baniaka który w dziwnych okolicznościach zniknął z ławki trenerskiej w okolicach 80 minuty meczu.
Następnego dnia popijając herbatkę z prezesem Majchrzakiem dyskutowaliśmy na temat klubowej kasy i oczywiście zwycięstwa nad krakowską Wisłą. Nie obyło się oczywiście bez małego toastu wódeczką (bezalkoholową ;D). Nagle do drzwi zapukała pani Basia – klubowa portierka.
-Panie prezesie, policja do pana.
Radek aż się zakrztusił
-Michał szybko, wyrzuć czeki, rachunki, worek z lewymi dolarami, marihuanę wszystko przez okno, szybko, szybko. Aaa co zrobić z pistoletami. Jasna cholera...
W tym momencie policjanci weszli do biura prezesa Lecha. Przyprowadzili ze sobą trenera Baniaka ledwo trzymającego się na nogach. W dodatku był przebrany za kobietę.
-Dzień dobry. My z Krakowa. Ten pan zarzeka się że jest tu trenerem. Zabraliśmy go w nocy z baru „Pod rozbrykanym aligatorem”. Wykrzykiwał niecenzuralne wyrazy pod adresem Legii i innych klubów. Co mogliśmy zrobić? Zabraliśmy go do izby wytrzeźwień. Jeszcze nim wszczął awanturę w barze kręcił się w okolicy stadionu Reymonta przebrany za kobietę i
oferował usługi ekhmm że tak powiem...a zresztą panowie już sami wiedzą o co chodzi. Wlepiliśmy mu parę mandatów i myśleliśmy że to wystarczy ale potem wdał się w bójkę z kibicami Wisły którzy go bezlitośnie zmasakrowali. Potem jednak znaleźli wspólny język gdy zaczęto wykrzykiwać obelgi pod adresem pewnego warszawskiego klubu. A potem to już panowie wolą nie wiedzieć. Proszę go już od nas wziąć bo same kłopoty z nim mamy.
-Mhmhmhmhpfffffmmmm – odrzekł Baniak.
-Ojj Boguś, Boguś przesadziłeś i to ostro. Co ja mam z tobą zrobić... No trudno – odsuwam cię od prowadzenia pierwszego zespołu. Szukaj sobie nowego pracodawcy. Michał od jutra oficjalnie zostaniesz pierwszym szkoleniowcem Lecha. Zaraz zadzwonię do gazet i zwołamy konferencję.

Następnego dnia ok. godziny 18 odbyła się konferencja prasowa z udziałem wszystkich liczących się stacji telewizyjnych i gazet w kraju. Prezes Majchrzak popalając cygarko wstał od stołu i wskazał dłonią na mnie.
-Proszę państwa. Oto nowy szkoleniowiec Lecha – pan Michał Radłowski. Na skutek pewnych rozbieżności trener Baniak został odsunięty od prowadzenia pierwszego zespołu.
-Dobra, dobra gdzie jest Monti?
-A nie wolicie pogadać z pierwszym 16letnim trenerem w naszej ekstraklasie?
-Co?!? To pan mówił o tym chłopaku a nie o tym staruszku na końcu stołu?
-No a o kim...
-O k**** słyszeliście ? Ten gówniarz jest trenerem. Jakie szkoły pan skończył? Ma pan jakieś doświadczenie? Co pan je na śniadanie? Jaki rozmiar buta pan nosi?
Te i wiele innych pytań zadawano mi jeszcze przez wiele godzin. Konferencja prasowa skończyła się o godzinie 23. Wymęczony wróciłem do domu. W telewizji na każdej stacji mówiono tylko o tym. Całe media skupiły się na tak banalnym wydarzeniu. Następnego dnia nie było gazety w której nie poświęcono by na to oddzielnej strony. Lech zyskał nawet rozgłos na świecie. A gdy poszła w świat plotka o tym że opiekuję się zespołem już od paru tygodni i póki co straciłem jedną bramkę zyskując komplet punktów telefony dzwoniły bez przerwy. Rozmawiałem nawet chwilkę z Fergusonem. Na ulicy byłem rozpoznawany. Niby o tym marzyłem ale szybko to denerwowało. Nie mogłem się skupić na meczu z Zagłębiem Lubin do którego miało dojść już za 5 dni. Musiałem się wyciszyć. Wyjechałem z miasta. Polecenia treningowe zostawiłem asystentowi i na kilka dni uciekłem.
11 sierpnia byłem z powrotem w moim rodzinnym mieście. Do meczu zostało kilka godzin więc odbyłem szybką rozmowę z piłkarzami. Następnie udałem się do prezesa.
-Witam Radku
-Michał, jezu Michał... Dostaliśmy listy z pogróżkami. Grożą w nich że cię zabiją, zasztyletują albo nawet coś gorszego. Przydzielę ci pana Mareczka do ochrony. Uważaj na siebie. Nie wiadomo kto to może być. Wysłałem list do policji ale nie znaleziono żadnych odcisków palców.
-No dobrze. Wracając do meczu – to jak ? 3:0 czy 4:0 ?
Majchrzak szeroko się uśmiechnął.
-1:0 wystarczy. Idź do chłopaków. Do zobaczenia na meczu.
Piłkarze rozgrzewali się już na płycie boiska. Podszedłem do Reksia.
-Piotruś, dziś jest twój mecz. Ja to czuję w majtkach, będziesz dziś wielki. Ale proszę nie przesadzaj z tymi swoimi kocimi ruchami bo będzie z ciebie drugi Goliński. No to do dzieła byczku. Zjedz ich.
Gdy piłkarze wychodzili na stadion, kibice zaprezentowali układankę z kartonowych kartek. Całość prezentowała się znakomicie. Był to ogromny napis na niebieskim tle który głosił „Aaa yes I understand”. Monti gdy to zauważył zaklaskał i podziękował swoim wiernym kibicom. Już w 11 minucie kibice Lech radowali się niczym małe dzieci. Przepiękną bramkę szczupakiem zdobył... Piotrek Reiss, który podbiegł do mnie i mocno mnie uściskał. Widziałem ogromną radość w jego oczach, zupełnie jak kilka lat temu gdy zdobywał bramki wspólnie z Maćkiem Żurawskim. Radość ustała w 24 minucie kiedy na listę strzelców wpisał się nie kto inny jak Paweł Drumlak. Przycisnął palec do ust i niczym Raul Gonzales w meczu z Barceloną uciszył trybuny wypełnione sympatykami Lecha. Do przerwy
1:1. W szatni przyniesiono nam schłodzoną wodę. Skorzystał z niej tylko Piotrek Reiss niemiłosiernie zmęczony pierwszą połową spotkania. Porozmawiałem chwilę z piłkarzami, nie musiałem ich zbytnio mobilizować do walki na boisku. Oni po prostu wiedzieli że muszą walczyć o każdy centymetr i nie zwracać uwagi na kości – tak swoje jak i przeciwników. W 61 minucie stało się coś nieprawdopodobnego. Piotrek Reiss zaczął wymiotować po czym padł na murawę. Dostał ataku drgawek. Kibice zamarli. Z ławki podniósł się lekarz Tomek Lis, który w iście sprinterskim tempie pokonał dystans jaki dzielił jego i piłkarza. Reiss wylądował w karetce i został odwieziony do szpitala. Po kilkunastu minutach mecz wznowiono. Desygnowałem na boisko Bugaja. I już dwie minuty później zawodnik ten zaliczył asystę przy bramce Montiego. Kibice ponownie podnieśli kartoniki tworząc charakterystyczny już napis. Okrzyk „Monti, Monti” roznosił się po całym Poznaniu. W 86 minucie kontuzji doznał Drajer. Piłkarze Zagłębia jednak nie przerwali akcji i strzelili wyrównującą bramkę. Protestujący Madej został odesłany z boiska. Wznowienie gry z środka boiska, przerzucenie piłki na lewą stronę gdzie rozpędzony Czereszewski pędzi przed siebie. Zgasił piłkę klatką piersiową, przymierzył obok wychodzącego bramkarza gości i wyprowadził Lecha ponownie na prowadzenie. Bramkę dedykował Reissowi. I tak zakończył się mecz. Wszyscy piłkarze po wygranym spotakniu wsiedli w samochody i udali się do szpitala gdzie leżał chory Piotrek Reiss. Lekarz poinformował nas że w jego organizmie wykryto dziwną substancję, która skutecznie utrudnia oddychanie na kilka godzin. Fakt ten skojarzyłem od razu z butelką wody jaką Piotruś spożył w przerwie meczowej. Szybko zadzwoniłem do prezesa Majchrzaka który zatrzymał panią Pelasię wyrzucającą już butelki. Poddano ją dokładnej analizie.
Wyniki przyszły parę dni później kiedy Reiss wrócił już do normalnego stanu. Okazało się że w wodzie tej znajdowały się chemikalia. Ktoś musiał je tam wrzucić, ktoś sabotował nasz klub. Dla ochrony zdrowia Piotrka dałem mu 10dniowy urlop, a sam tymczasem zacząłem się przygotowywać do kolejnego meczu tym razem z chorzowskim Ruchem na wyjeździe. Zostały trzy dni na dokładne przygotowanie zespołu. Atak bez Piotrka był niczym. Sam Monti sobie nie poradzi. No ale cóż mogłem zrobić – nie miałem innego wyjścia jak zagrać od początku Bugajem. W meczu z Zagłębiem zauważyłem zdolnego zawodnika. Co ważniejsze... mojego rówieśnika. Był zaporą nie do przejścia. Wysłałem skauta aby go obserwował i poinformowałem Radka że muszę go mieć.
Wieczorkiem siedząc w łóżku ubrany w piżamę we wzory chemiczne (w żyrafy pobrudziłem ketchupem) próbowałem wymyślić sposób na zdobycie środków na zakup zdolnego młodzika imieniem Kalinowski. Chłopak był naprawdę genialny. Wiedziałem że będą z niego ludzie. Czekałem tylko na fundusze. Nim poszedłem spać przeczytałem jeszcze fragment „Kubusia Puchatka” po czym oczy zamknęły mi się i zasnąłem twardym snem.

Do Chorzowa wyjechaliśmy parę dni wcześniej. Przygotowania do meczu szły pełną parą. W tym meczu musieliśmy zdobyć komplet punktów. Tego chciał prezes, piłkarze, kibice... Tego samego chciałem również i ja. No więc w osłabionym składzie przystąpiliśmy do meczu. Bramka chorzowian została zbombardowana przez Montiego który w ciągu dziesięciu minut oddał pięć strzałów, jednak drogę do siatki gospodarzy znalazł w 45 minucie Artur Bugaj. Wywołał tym wielką radość wśród 300 kibiców Lecha, którzy przyjechali do Chorzowa. Pobiegłem szybko do szatni tak by być tam przed piłkarzami. Wbiegając do tunelu spytałem jednego ochroniarzy
-Panie gdzie tu jest toaleta ?
-Pierwsze drzwi z lewej po prawej.
Załatwiając swoje potrzeby zastanawiałem się co powiedzieć chłopakom którzy czekali już na mnie w szatni. Jednak nie doczekali się. Do toalety weszło dwóch mężczyzn w kominiarkach i zdzielili mnie po plecach pałką. Przytomność odzyskałem w bagażniku. Po kilku minutach samochód zatrzymał się. Wysadzono mnie z samochodu. Byliśmy na
moście.
-To za to że wtykasz k**** nos w nie swoje sprawy skur*****.
-Ale...
Więcej nie zdążyłem powiedzieć gdyż chwycono mnie za nogi i wyrzucono z mostu. Po chwili znalazłem się w lodowatej wodzie. Usłyszałem jak samochód odjeżdża. Szczęśliwie dopłynąłem do brzegu. Autostopem dotarłem do Chorzowa, wsiadłem do pociągu i udałem się do Poznania. Po kilku godzinach byłem już przed siedzibą klubową. Minąłem pokoik pani Basi, wszedłem do pokoju prezesa.
-Jezu Michał co się z tobą działo?
-Ile było?
-Ale co się z tobą działo? Gdzieś ty był?
-Ile było !!!
-2:0 dla nas...
-Ufff jak dobrze
-Ale gdzieś ty był
-Porwali mnie i...
Więcej nie udało mi się powiedzieć. Opadłem bezwładnie na ziemię. Obudziłem się następnego dnia ubrany w piżamkę z logo Lecha na piersi i napisem „Aaa yes I understand” na plecach. „Ten Majchrzak to ma jednak łeb do bussinesu” pomyślałem i poszedłem spać dalej. Miałem przedziwny sen. Śniły mi się zamachy na moje życie, porwania piłkarzy, atak terrorystyczny, ogórki z cytatem hiszpańskiej gwiazdy mojego zespołu. Istny koszmar...
Gdy się przebudziłem spojrzałem do terminarza. Na rozkładzie wroniecka Amica. Ahh Amica... Na pewno będą chcieli się zrewanżować za inaugurację sezonu. Wiedziałem że to będzie trudny mecz. Ubrałem się i poszedłem do klubu gdzie odbyłem rozmowę z Majchrzakiem i opowiedziałem mu o zajściu jakie miało miejsce w Chorzowie. Zawiadomiono policję i wszczęto śledztwo. Radek pokazał mi wycinki z gazet w których wychwalano grę moim podopiecznych jak i również mój zmysł taktyczny. Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Poszedłem do szatni gdzie już czekali na mnie piłkarze. Uspokoiłem ich, powiedziałem że wszystko jest w porządku.
-No panowie, teraz Amica. Chyba nie muszę mówić że to najważniejszy mecz od kilku spotkań – derby regionu. A jak wiadomo derby rządzą się własnymi prawami tak więc oczekuję od was maksymalnego zaangażowania. Na pewno zagra już Piotrek Reiss który wróci za kilka dni z urlopu. Postawimy na grę skrzydłami gdyż Amica ma słabych bocznych obrońców. Wrzutka na pole karne a tam Reksio albo Monti wykończą akcję... Zrozumiano ?
-Aaa yes we understand – odpowiedzieli chórem piłkarze po czym się roześmiali.
Po spotkaniu podszedł do mnie Czereś, poklepał mnie po plecach i powiedział
-Trenerze, cieszę się że z nami jesteś
To były dla mnie ważne słowa. Zwłaszcza przed takim meczem. Siedząc w domu przy obiedzie i dziobiąc schabowego z kapustą pomyślałem o pierwszej przegranej. Wiedziałem że kiedyś przyjdzie. Póki co nam się udawało ale w końcu przyjdzie dzień słabości i stracimy o jedną bramkę za dużo. Miałem jednak nadzieje że to nie będzie w meczu z Amicą.

Mecz rozpoczął się dla nas niezwykle pomyślnie. W 3 minucie Piotrek Reiss wykorzystał podanie Montiego i skierował piłkę do bramki. Szał radości w sztabie klubowym i wśród piłkarzy. Na trybunach więcej jest kibiców Lecha niż Amici. Już 9 minut później mogło być 2:0 ale Krzysio Piskuła z 6 metrów strzelił w słupek. W 27 minucie przełamał się Monti i strzelił kolejną bramkę. Prowadzenie Lechitów całkowicie wybiło z rytmu wroniecki zespół. A trener Majchrzak szalał na trybunach z radości. Spojrzałem na ławkę trenerską Amici gdzie nadal siedział trener Jabłoński. Mirek spojrzał na mnie z pogardą i splunął. Nie byłem szanowany w środowisku bo byłem za młody. Mimo to byłem najlepszy co udowadniałem w każdym meczu na boisku. Jabłońskiemu totalnie zrzedła mina w 32 minucie kiedy to Piskuła znów strzelił w słupek. Mirosław nie wytrzymał i wykorzystał 2 zmiany. Dało to efekt w postaci bramki w wykonaniu Marka Bajora, który zrewanżował się tym samym za czerwoną kartkę w inauguracyjnym meczu tegoż sezonu. Na niewiele się to zdało gdyż w 50 minucie przepięknym strzałem z 30 metrów popisał się Czereszewski i Lech wyszedł na dwubramkowe prowadzenie. Dla piłkarzy Lecha było to jednak za mało. 67 minuta i piłkę do siatki skierowuje ponownie Piotrek Reiss, nota bene były zawodnik wronieckiego klubu. Jedną bramkę
dołożył jeszcze Tomek Lewandowski i tym sposobem Lech rozgromił Amicę 5:1. Jakże radosne i zakrapiane było świętowanie tego sukcesu. Miałem tylko nadzieję że nie odbije się to na formie moich piłkarzy. Wszak kolejny mecz miał transmitować Canal+. Chodzi o pucharowy mecz z Widzewem. A na pewno nie na miejscu byłoby pokazywanie zataczających się piłkarzy.
Następnego dnia w Przeglądzie Sportowym ukazał się artykuł pt. „Rozsadzę Lecha”. Był to wywiad z „trenerem” Baniakiem, który domagał się zaległych pieniędzy. Wywołało to dużo kontrowersji w środowisku. Prezes Majchrzak tak się zdenerwował że chciał wysłać pana Mareczka aby rozprawił się ze „śledzikiem” ze Szczecina, jednak pani Pelasia skutecznie odciągnęła go od tego pomysłu. Radek zapalił cygarko i rozpoczął partię w bilarda.
-Zagrasz ? – spytał
-Nie Radziu, dziś nie. Muszę pomyśleć o meczu z Widzewem.
-A no to chyba że... Czyli widzimy się jutro. Na razie.

Leżąc tak w łóżku i wpatrując się w sufit na którym przywieszony był plakat Cindy Crawford rozmyślałem o tym jak zmieniło się moje podejście do życia po przejęciu stołka trenerskiego w Lechu, jak bardzo spoważniałem, jak bardzo się rozwinąłem. To był milowy krok w moim życiu. A jeszcze większy krokiem miało być ośmieszenie Widzewa w dwumeczu Pucharu Polski, co też zamierzałem uczynić. Pierwszy mecz graliśmy u siebie. Szczególnie zmotywowany i podbudowany bramką w ostatnim spotkaniem wyszedł na boisko Monti. W Gazecie Poznańskiej ma on oddzielną rubrykę zwaną... tak tak – zgadza się „Aaa yes i understand”. Kącik ten robi furorę mimo tego, że praktycznie nic nie zawiera. Pełne trybuny przy ulicy Bułgarskiej dumnie pokazywane były w Canal+. W sektorze VIP zauważyć można było takie gwiazdy jak Michała Listkiewicza, Zbyszka Bońka czy też ... wysłanników Realu Sociedad San Sebastian, którzy przyjechali podglądać Montiego. Mecz prowadzony był w iście sprinterskim tempie. Akcja za akcję, atak za atak. Prowadzenie Lechowi dał w 26 minucie Lewandowski wykorzystując podanie Madeja. Lechici cieszyli się z prowadzenia jedynie 120 sekund – wyrównał fantastycznym strzałem z woleja Darci. Do przerwy nie padła już żadna bramka. Jako że miałem na to czas udałem się do namiotu VIP aby coś zjeść. Przeprowadziłem krótką rozmowę z Zibim który przywitał mnie „Aaa yes I understand”. Stawało się to powoli denerwujące. Każdy zaczynał rozmowę właśnie od tego. Spojrzałem na zegarek: „O cholera... Zapomniałem o piłkarzach”. Pobiegłem do szatni gdzie piłkarze właśnie zmieniali stroje na nowe.
-Trenerze co robić?
-Jak to co? Atakujcie... Musimy wygrać ten mecz.
-Ale nie oto chodzi. Co robić? Poplamiłem sobie koszulkę trawą...
-Jezu Madej nie teraz. Potem porozmawiasz z panią Pelasią to ci doradzi. A teraz panowie dupy w troki i na boisko. Macie rozjechać amatorów.
Jednak na niewiele się to zdało. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie – 1:1. Tak więc pierwszym zespołem który powstrzymał Lecha jest Widzew. Całe szczęście że to puchary. Rewanżowy pojedynek miał się odbyć po tygodniu, na stadionie w Łodzi. Od tego meczu zależał awans do następnej rundy, a to wiązało się z dodatkowymi funduszami. Tego samego dnia do klubu podrzucona została paczka, bardzo podejrzana. Radek wezwał policję. W paczce schowany był granat ćwiczebny i karteczka z napisem „Ho ho ho merry christmas”. O co w tym chodziło. Mieliśmy dopiero początek września, gwiazdka za parę miesięcy. Wszystko to stawało się coraz bardziej podejrzane. O niczym nie poinformowalismy piłkarzy aby ich dodatkowo nie stresować przed kolejnym pojedynkiem.
Mecz rozpoczął się nieustającymi atakami piłkarzy poznańskiego Lecha którzy za wszelką cenę dążyli do strzelenia bramki, jednak nie mogli się wstrzelić w bramkę. Uczynił to jednak Hermes w 27 minucie dając tym samym prowadzenie widzewiakom. Drugą bramkę dołożył w 52 minucie Darci. Porażka była coraz bardziej pewna. Ale cóż kiedyś musiało się to stać. Zmiana taktyki – gramy 100% atak
. Jednak i to niewiele dało. Mecz zakończył się wynikiem 2:0 dla Widzewa co premiowało awansem zespół z Alei Piłsudskiego. W Łodzi spędziliśmy jeszcze dwa dni.
Prosto z Łodzi udaliśmy się do Katowic na mecz z tamtejszym GKSem. Wjechaliśmy właśnie na autostradę gdzie zauważyliśmy gigantyczny korek. Nie dało się go nijak okrążyć. Wszyscy piłkarze siedzieli w autokarze i czekali na to jak wszystko się rozwinie. Spojrzałem na zegarek. Do meczu zostało już kilka godzin a my nadal byliśmy kilkadziesiąt kilometrów przed Katowicami. Zdenerwowany krzyknąłem do chłopaków
-Dalej panowie, zrobimy sobie małą przebieżkę.
-Ale trenerze to jest ponad 50 kilometrów
-Nie marudź bo deseru nie dostaniesz. Za mną... Na Katowice !
I tym sposobem rozwiązaliśmy problem z korkiem. Po pewnym czasie odnaleźliśmy prawdziwą przyczynę korku. Był nim „polityk” Andrzej L. Blokujący drogę wraz z setką rolników. Czego tam nie było – blokady, traktory, brony. Aż strach było podejść. Najodważniejszy wśród nas był Waldek Kryger który znalazł wspólny język z przewodniczącym Samoobrony.
-Ej ty w krawacie. My do Katowic na mecz.
-A ty co tey? Piłkarz jakiś tey ? Czy co tey? A może kibic tey? Ale mu tu tey blokadę robimy tey.
-No to co. Puść nas. Musimy tam być za parę godzin a jeszcze nam zostało parę naście kilometrów.
-Jak chcecie tey to was tey podrzucę traktorem tey.
-No gitara Endru.
Tak trafiliśmy na przyczepę traktora Andrzeja L. Podwiózł nas aż na ulicę Bukową gdzie już zapełniały się trybuny. Piłkarze Gieksy już się rozgrzewali. Czym prędzej popędziliśmy do szatni by się przebrać i przystąpiliśmy do meczu w najsilniejszym składzie. W 17 minucie Krzysio „Zenek” Piskuła zdobył bramkę z podania Madeja. Był to gol o tyle szczególny, że dedykowany żonie. Do końca połowy nie działo się nic ciekawego – kilka słupków, poprzeczek, bójek między kibicami. Jednym słowem nic wartego odnotowania. W przerwie starałem się zmobilizować chłopaków obiecując im godziwe premię jeżeli do końca rundy wygrają wszystkie mecze. A było to wielce prawdopodobne biorąc pod uwagę fakt że wszystkie ważne mecze graliśmy u siebie. Wielki atut. Zauważyłem że Monti jest trochę przybity więc do niego podszedłem i chwilkę porozmawiałem
-I dont understand, i dont understand...
-Co ty nie understand?
-I cant score a goal since few matches...
-Nie martw się, be happy, cocojumbo i do przodu...Rób dalej swoje a strzelisz, obiecuję. Jarzysz k****?
-Aaa yes I understand now. You’re a great coach. Thanks...
I wyszliśmy na drugą połowę spotkania która zaczęła się od nieustających ataków moich piłkarzy. Monti się rozszalał, strzelał we wszystko co popadnie. Godny odnotowania był strzał w poprzeczkę oraz w dziewiąty rząd w sektorze 5. Kolejną bramkę zdobył dopiero Tomek Lewandowski. Miało to miejsce w 85 minucie spotkania. W tym momencie zwycięstwo mieliśmy w kieszeni a ja myślami byłem przy pucharowym meczu z Polonią Bytom. Ba, mecz ten uważałem raczej za sparing niż spotkanie o jakąś stawkę. Wynik meczu już do końca nie uległ zmianie i pojechaliśmy do Poznania z kompletem punktów. Ucieszyło to bardzo prezesa Majchrzaka który ostatnio nie był raczej w nastroju. Szykowały się poważne cięcia finansowe w naszym klubie. Brakowało pieniędzy dosłownie na wszysto – wodę, oświetlenie, policję, ogórki z klubowym logo...
Puchar Polski miał to zmienić. Mieliśmy zajść jak najdalej, zarobić jak najwięcej pieniędzy na utrzymanie klubu. Z takim nastawieniem pojechaliśmy do Bytomia. Od spotkania tego odsunąłem Reissa który w ostatnim czasie zaczynał mieć humory. Przeburkiwał coś o nowym kontrakcie. Ciekawe tylko za co... Wśród zawodników panowało przekonanie iż mecz już na starcie jest wygrany bo wielkiego może pokazać Polonia. Ostrzegałem ich przed taką opinią i stanowczo mówiłem, że wszystko zweryfikuje boisko. Już od pierwszej minuty zaczęło się bombardowanie bramki Cabaja. Szczególną aktywność wykazywali Monti i Bugaj. Jednak bramkę zdobyli gospodarze a konkretniej Kampinos w 20 minucie.
Miejscowi radowali się przez 5 minut aż do zdobycia bramki przez Tomka Lewandowskiego. W 42 minucie zaś przełamał się Monti strzelając z woleja w samo okienko. Mogłem odetchnąć z ulgą. Jednak w doliczonym czasie pierwszej połowy ponownie pokazał się Kampinos lokując piłkę w naszej siatce. Schodziliśmy do szatni ze spuszczonymi głowami. Otworzyłem szatnię i... moim oczom ukazało się kilkanaście skąpo ubranych i hojnie obdarzonych przez naturę dziewcząt.
-Witam drogie panie – wykrztusił Goliński zacierając ręce.
-Golina wypieprzaj mi stąd ale już. A panie proszę o natychmiastowe opuszczenie szatni bo wezwę policję. To na pewno sprawka miejscowych. Co oni sobie myślą k****?
-No hej mała, masz tu mój numer za...
-Golina k**** chyba coś powiedziałem nie? Jasna cholera, panienki bierzcie swoje d*** w troki. I to już. A wy skupcie się na meczu. Jest 2:2. A byliście tacy pewni siebie. Do tego oni was ośmieszają. Ten cały Kampinos to się nadaje do B-klasy a zapakował tobie dwie bramy Tyraj – w tym jedną między nogami. Wstydziłbyś się. GOLINA !! K**** wracaj mi tu ale już. Nie będziesz mi się za panienkami szlajał. A więc ? Kto wygra mecz?
-LECH !! – krzyknęli chórem piłkarze.
Już w 51 minucie na prowadzenie wyprowadził lechitów Piskuła. W 82 minucie kolejną bramkę dołożył wprowadzony w między czasie Reiss i mogliśmy się cieszyć z awansu. Mogliśmy zejść z podniesionym czołem. W drugiej odsłonie tego spotkania Polonia nie istniała, nie oddała strzału. Wracając do Poznania napisałem stosowne pismo do PZPN opisujące wydarzenia z szatni. Miałem nadzieję na odpowiednie sankcję dla bytomskiego klubu. W następnej rundzie pucharów trafiłem na Amicę Wronki – kolejne derby regionu. Już nie mogłem się doczekać jak znów zobaczę Mirka grożącego podopiecznym odebraniem sprzętu AGD.
Następny w kolejce był łódzki Widzew – tym razem pojedynek ligowy. Chciałem wziąć rewanż za wyeliminowanie mnie z Pucharu Ligi. Wiedziałem że w spotkaniu nie wystąpi Piotrek Reiss. Przynajmniej nie w całym. Jego morale były bardzo niskie. A wszystko to ze względu na kontrakt, który ten chciał przedłużyć. Niestety nie było na to funduszy. Tak więc w napadzie wystąpili Bugaj i Monti. Od początku spotkania Widzew cisnął, oddawał dużo więcej celnych strzałów. Na mojej twarzy rysowało się zmartwienie. Jeszcze większe zmartwienie spowodowała bramka Bataty w 32 minucie. Na trybunach zaległa grobowa cisza. Nie wiedziałem co począć. Stałem oparty o budkę trenerską i rozmyślałem. Tworzyłem kombinację różnorakich zagrań w głowie. Zastanawiałem się jak to rozegrać taktycznie. Do szatni schodziłem zamyślony. Piłkarze mnie nie poznawali. Jeszcze nigdy nie widzieli u mnie takiej konsternacji.
-No panowie, nie idzie nam. Proponuje rozegrać to skrzydłami. Tomuś i Madejek, wasza w tym głowa. Liczę też na ciebie Reksio, zaraz wchodzisz. Pokaż co potrafisz. Aha jeszcze jedno. Na trybunach siedzi wysłannik z Bundesligi i szuka talentów tak więc warto się pokazać. Panowie wyłazimy i walczymy z pełnym zaangażowaniem. Mój podstęp jednak na niewiele się zdał. Zbyszek Robakiewicz był tego dnia genialnie dysponowany. No cóż, z Widzewem mi nie szło. Ale za to w kolejce czekała już Amica. Gdy zamknąłem oczy widziałem przerażenie w oczach Jabłońskiego na sam dźwięk słowa Lech. Był to mecz pucharowy tak więc kolejne starcie o fundusze. Zależało mi bardzo. Tym bardziej iż właśnie Mirek był tym który w środowisku szanował mnie najmniej. Musiałem się zemścić, po prostu musiałem. Taką mam naturę. W 14 minucie Szamotulskiego pokonał Monti. Spojrzałem na lewo i zobaczyłem jak Jabłoński skreśla swojego golkipera z listy osób czekających na zmywarkę. 3 minuty potem bramkę zdobywa Lewandowski a z tej samej listy usuwany jest Marek Bajor. A w 59 minucie po bramce Bosackiego trener Jabłoński skreśla sam siebie i podaje się do dymisji. Chwilę potem na boisku miało miejsce dziwne zdarzenie. Na murawę wbiegło kilku uzbrojonych mężczyzn, chwycili Montiego do worka i uciekli w bliżej nie określonym kierunku. Krzyknąłem do pana Mareczka „Pędź za
nimi”. Pan Mareczek przewiązał czerwoną opaskę na głowie, wskoczył do swojego Malucha GTS Coupe Metallic i rozpoczął pościg za porywaczami. Ogłupiony sędzia techniczny poprosił o komentarz obserwatora z ramienia PZPNu. Ten natomiast orzekł iż należy przeprowadzić zmianę i kontynuować mecz. Tak więc na boisku znalazł się Bugaj. W 73 minucie bramkę dla Amici strzelił Podbrożny, a 5 minut później Dembiński. Widać było że piłkarzy Lecha porwanie jednego z ich zawodników lekko wyprowadziło z równowagi. Mecz zakończył się wynikiem 4:2 dla Lecha na skutek bramki zdobytej przez Bugaja w doliczonym czasie gry. Razem z Radkiem Majchrzakiem pobiegliśmy szybko do gabinetu i przez kilka godzin z rzędu próbowaliśmy się skontaktować z panem Mareczkiem. Niestety nieskutecznie. Wróciłem do domu, wskoczyłem w piżamkę z dinozaurami i poszedłem spać. W nocy kilkakrotnie się budziłem. Śniły mi się najpotworniejsze rzeczy – morderstwa, nabijanie na pal i tym podobne. Próbowałem kilkakrotnie zasnąć. W końcu znalazłem sposób. Zacząłem liczyć zabite komary na mojej ścianie. Gdy doszedłem do 3442 zasnąłem. Po przebudzeniu rano udałem się do siedziby klubowej.
-I co Radziu? Jakiś kontakt ?
-Nic a nic Michu. Dzwonię i dzwonię ale Mareczek nie odbiera. Może mu się coś stało. Może umarł albo coś gorszego.
-E tam przestań pieprzyć głupoty. Mareczek? Zginął? Mylisz pojęcia...
-No w sumie masz rację. Ty się skup na spotkaniu z Zagłębiem a ja będę się starał z nim skontaktować. Aha no i ma się rozumieć, że żaden z piłkarzy się nie dowie o tym, że Monti nie został odnaleziony jeszcze. W razie czego to mów że wysłaliśmy go do Hiszpanii bo jego mama dostała biegunki i musiał ją wspomóc psychicznie.
-No dobrze...Jak każ7esz Radku...
Termin meczu z Zagłębiem zbliżał się coraz bardziej a ja nie miałem do dyspozycji swojego najgroźniejszego napastnika. Do tego Wisła ciągle zgłaszała się po któregoś z moich zawodników. A to po Lewandowskiego a to po Krygera. To było nie do wytrzymania. Przecież chyba oczywistym było iż ci piłkarze mają status „nie na sprzedaż” – każdemu z kontrahentów mogłem to dokładnie przeliterować.
Wybiła godzina zero – mecz z Zagłębiem. Eksperymentalny napad Reiss-Bugaj. Miałem ogromne nadzieje że wypali. Początek wręcz wymarzony – kontuzja Czereszewskiego... Na jego miejsce wchodzi Czajkowski i już po 4 minutach popisuje się efektownym zagraniem niczym Zinedine Zidane i dogrywa piłkę do Reissa, który może już tylko skierować piłkę do siatki. 1:0... W 41 minucie kontuzji doznaje... Czajkowski !!! Zawodnicy Zagłębia najwidoczniej uparli się i chcieli mi pozabijać wszystkich ofensywnych napastników. Na boisko chodzi Michał „Amant” Goliński. Oby to się źle nie skończyło... Do szatni schodzimy z jednobramkowym prowadzeniem.
-Bardzo ładnie panowie, bardzo ładnie... jedziemy ich jak chcemy. Jeszcze parę takich zagrań jakie zademonstrował Zbyszek i jesteśmy „w domu”. Liczę że utrzymacie to prowadzenie.
-Michu to nie jest takie proste... Oni nas koszą jak kaczki.
-A wy co ? Takie p**** jesteście i się dajecie? Też ich koście...
-Ale czy to jest etyczne trenerze?
-W tym meczu wyjątkowo mnie nie obchodzi etyka...Jak oni grają ostro to wy też macie jechać z nimi ostro i nie patrzeć na trzeszczące kości.
-No dobra szefie...
Czułem że przesadziłem. Miałem tylko nadzieję że nie dostaną za to czerwonych kartek. I tak się stało. W 49 minucie z boiska zszedł Klimek który najwidoczniej stracił chęć do gry po tym jak w nogi wszedł mu Piskuła i zerwał tym samym biednemu Arkowi wiązadła kolanowe. Chwilę potem Golina podwyższył prowadzenie po bezpośrednim strzale z rzutu wolnego i Lech wygrywał 2:0. Nie minęło 10 minut a już było 3:0 po strzale Piskuły. W zespole Zagłębia coraz więcej kontuzjowanych – z boiska schodzą kolejno Moskalewicz i Krzyżanowski. Obaj z podejrzeniami kontuzji. W ciągu dwóch minut moja przewaga została bardzo uszczuplona. Bohdan Zając wpisał się dwukrotnie na listę strzelców i doprowadził do wyniku 3:2. Jednak
tego dnia królem boiska był Golina. Michał wykorzystał kolejną dogodną sytuację ustalając tym samym wynik spotkania na 4:2 dla poznańskiego Kolejorza. W klubie nadal cicho na temat Montiego. Nikt nic nie wiedział, jednym określeniem – czeski film. Coraz bardziej mnie to denerwowało. Nie dość że nie miałem kluczowego egzekutora to na dodatek wyleciało mi dwóch pomocników – Czereszewski i Czajkowski. Tak więc z konieczności w kolejnym meczu musiał wystąpić Goliński. A przeciwnikiem w tym pojedynku miała być krakowska Wisła.
Na dzień przed meczem stało się coś bardzo, ale to bardzo nieoczekiwanego. Zostałem oto po raz pierwszy wezwany do prezesa. Tak zwykle, przez posłańca. Przez głowę przechodziły mi najgorsze myśli w tym dymisja ze stanowiska. Po kilkunastu minutach stałem ubrany w garnitur przed Radosławem Majchrzakiem.
-Wzywałeś mnie Radku ?
-Tak, tak... siadaj. Mamy ogromny problem... W nocy ktoś włamał się do klubowego magazynu i ukradł wszystkie pary butów jakie się tam znajdowały.
-O jezu... poważnie?
-Tak a co dziwniejsze podmienił je na kalosze. Ale problem polega na tym, że piłkarze nie mają teraz obuwia na mecz z Wisłą. Nie mamy wyboru – będą musieli wystąpić w kaloszach. Nie mamy pieniędzy na ekspresowy zakup nowych korków. Przykro mi...
-Rozumiem, rozumiem. No to delikatnie mówiąc mamy przej*****.
-No co ty nie powiesz...
Mecz rozpoczynał się za dwie godziny. Moja kadra była uboższa o kluczowych zawodników, mieliśmy grać w kaloszach i to przeciw samej Wiśle Kraków. Jakby tego było mało zaczął padać rzęsisty deszcz. Murawa bardzo szybko nasiąkła. Gdy wyszliśmy na płytę boiska i uścisnęliśmy sobie dłonie z piłkarzami i trenerem Wisły zostaliśmy lekko wyśmiani przez kibiców – tak swoich jak i przyjezdnych. Od śmiechu nie mógł się także powstrzymać Kamil Kosowski. A wszystko to przez te cholerne kalosze. Mecz rozpoczął się przy padającym bardzo intensywnie deszczu. Już w 2 minucie idealną sytuację miał Bugaj. Wyszedł na czystą pozycję, piłkę dograł mu Madej i napastnik Lecha stanął oko w oko z Hugues. Przymierzył w prawy róg i trafił. Szkoda tylko że nie piłką do siatki a kaloszem w kamerę Canal+. Chwilę potem poślizgnął się Czereszewski i trzasnął głową o bandę reklamową. Potrzebna była natychmiastowa pomoc lekarza. Założono mu pięć szwów.
-Panie trenerze. W tym g***** się nie da grać k****.
-Spokojnie Czereś...Za parę minut się przyzwyczaicie.
I tak też się stało. Już w 17 minucie prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Madej po genialnym wręcz strzale z 20 metrów. Piłka musnęła jeszcze spojenia i wpadła do bramki. 10 minut później było już 2:0. Plasowanym strzałem popisał się Piskuła. Kibice szaleli z radości... Do szatni schodziliśmy zatem z dwubramkowym prowadzeniem. W szatni zastaliśmy... Montiego z panem Mareczkiem.
-Gdzieście byli.
-Goniłem tych gówniarzy 2 tygodnie po polskim wybrzeżu nim ich złpałem. Koło Gdańska wywiązała się lekka strzelanina. Dostałem dwie kule w lewe ramię.
-Ale jak ci się udało ich unieszkodliwić?
-Nie ważne jak... Ważne że mi się udało i uwolniłem Montiego... Zobacz w co te skurczybyki były ubrane.
Pan Mareczek wyciągnął z kieszeni górną część dresu. Na piersi miał on emblemat Legii
-Nieee, nie wierzę. Chyba żartujesz... o ja pierd***...
-Dokładnie. A nie wiem czy wiesz że w następnej rundzie Pucharu Polski zmierzymy się właśnie z nimi. Chcieli nam porwać zawodnika.

ZDANIEM CZYTELNIKÓW CM REVOLUTION

Wszystkich komentarzy: 22

INFORMACJE o TEKŚCIE

Historie

Lech Poznań by Mr00v3ck

@mr00v3ck, 23.01.2003 12:48, czytano: 3663 razy

+59

Reklama

Zobacz także

WYSZUKIWARKA

Reklama

FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update Plik dodający do Football Managera opcję gry w niższych ligach polskich!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
Aktualizacje i dodatki Uaktualnienia, nowe grywalne kraje i inne nowości ze światowej sceny.
Talenty do Football Managera Znajdziesz u nas setki nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
Polska baza danych - dyskusja Masz uwagi do jakości wykonania Ekstraklasy lub 1. ligi? Napisz tutaj!
Copyright © 2002-2019 by FM Revolution
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.