ARTYKUŁY

Zaczęło się bardzo niewinnie. Zabłąkany w internetowej otchłani Aiden natrafił na stronę, która bardzo go zainteresowała. Trudno powiedzieć, czy był to zwykły przypadek, czy tak się po prostu miało stać. Tą witryną była - oficjalna strona Jacka Magiery. Aiden posurfował, poprzeglądał, pomyślał no i... wymyślił: "Zrobimy wywiad z Jackiem Magierą!" Myśl ta przeleciała przez mózg redaktora CM Revolution niczym archimedesowa Eureka. Ambitny dziennikarz zabrał się zatem do pracy. Nawiązał kontakt z twórcą tejże strony (również częstochowianinem, lecz mieszkającym obecnie... w Kanadzie), który od tej pory pełnił tak jakby rolę pośrednika między redakcją CM Rev a Legionistą. Później do projektu dołączyła jeszcze ekipa LegiaNet Serwis, a efektem pracy tejże "Świętej Trójcy" jest to, co widzicie poniżej. Miłej lektury!

- Jako że reprezentuję serwis w całości poświęcony Championship Managerowi pierwsze pytanie jest praktycznie oczywiste: Czy zetknął się Pan kiedyś z ową grą?

- Owszem, słyszałem o niej. Wiem nawet, że paru kolegów z Legii często w nią gra. Ja, niestety, nie miałem z Championshipem bezpośrednio do czynienia.

- Nie wie Pan co traci :) Każdy zawodnik w CM jest scharakteryzowany 32 atrybutami (w skali 1-20). A oto screen przedstawiający... Jacka Magierę! Czy mógłby Pan się jakoś ustosunkować do tego, jak ocenili Pana twórcy gry? Czy również w rzeczywistości najlepszą cechą Jacka Magiery są pracowitość, wytrzymałość, krycie oraz przyspieszenie? A może programiści zaniżyli lub zawyżyli jakieś punkty?

- Pracowitość - tak. Z tym na pewno się zgadzam. Wytrzymałość... również - to też jest moja dobra strona. Nieskromnie przyznam, że zawsze kiedy mamy przeprowadzone badania wydolnościowe jestem w pierwszej trójce, a często nawet na pierwszym miejscu.
Nie zgodziłbym się tylko z tym przyspieszeniem. Zawodnik, który jest bardzo wytrzymały i ma cechy tego typu nigdy nie jest zawodnikiem szybkim na trzech, czterech metrach. Także przyspieszenie zostało mi dane na wyrost.

- Przenieśmy się zatem z wirtualnego świata gier do rzeczywistości. Jak czuje się Pan w Legii?

- Bardzo dobrze, chociaż czułbym się lepiej, gdybym regularnie grał w pierwszym składzie. Jestem tutaj siódmy rok i osiągnąłem wszystko, co jest w polskiej piłce do osiągnięcia: Mistrzostwo Polski, Puchar Polski, Puchar Ligi Wszystkie te trofea zdobyte były w czasie, gdy grałem w podstawowym składzie. Jestem z tego dumny, ponieważ niewielu piłkarzy może się czymś takim poszczycić. Zawsze jednak może być lepiej - głównie na boisku. Jestem kojarzony z Warszawa i z Legią, wiele osób zapomina, że zaczynałem grać w Rakowie.

- W trzech pierwszych meczach rundy wiosennej zagrał Pan jedynie 9 minut w meczu ze szczecińską Pogonią. Czy jest pan na swój sposób zły na trenera Dragomira Okukę, że nie widzi jak na razie miejsca dla Jacka Magiery w wyjściowej jedenastce?

- Nie jest to na pewno jakaś złość czy obrażanie się. Powiedziałem sobie, że muszę zimą uczynić wszystko, aby jak najlepiej przygotować się do sezonu. Tak też robiłem. Od 14 grudnia, a więc gdy wszyscy byli jeszcze na urlopach, ja mocno i solidnie trenowałem. W tej chwili trener Okuka nie widzi mnie w składzie. Jednak cierpliwie czekam na swoją szansę. Tak jak powiedziałem - wszystko zrobiłem, aby się jak najlepiej przygotować i uważam, że w końcu mój czas nadejdzie.

- A nie uważa Pan, że półroczne wypożyczenie i regularna gra w innym, mniej utytułowanym, być może trochę słabszym klubie pomogła by w powrocie do pierwszego składu Legii?

- Wypożyczenie do innego klubu w ogóle w tej chwili nie wchodzi w
rachubę. Tak przynajmniej planuje. Jeżeli już miałbym odejść z Legii to na zasadzie transferu definitywnego. Nie mam już czasu na to, by odchodzić na jakieś wypożyczenia. Fakt, że ostatnie kilka meczów, a właściwie tą rundę zaczynam na ławce rezerwowych i naprawdę bardzo mnie to niepokoi, ale jestem zawodnikiem, który się nigdy nie poddaje. Pokazałem to w poprzednim sezonie, gdy cały czas miałem miejsce w podstawowym składzie. Tak jak mówię - wypożyczenie w tej chwili, dla mnie, nie wchodzi w grę.

- Jak zatem wspomina Pan pół roku wypożyczenia do Widzewa wiosną 2000?

- Z perspektywy czasu uważam, że było to dobre posunięcie. Może mniej w aspekcie czysto sportowym. Po latach mogę powiedzieć, że w Widzewie poznałem życie. Ten wyjazd nauczył mnie pewnych rzeczy, których do końca swych dni nie zapomnę. Mam nadzieje, ze będzie jeszcze okazja, aby na temat porozmawiać.

- Zimą zeszłego roku mówiło się o Pana ewentualnym odejściu. Rzeczywiście istniała taka możliwość?

- Miałem kilka ofert, ale nie doszło do finalizacji żadnej z nich. Była jedna oferta z Danii, która wydawała się najbardziej konkretna. Działacze tego klubu byli naprawdę bliscy porozumienia się z szefostwem Legii w sprawie mojego transferu. Wtedy jednak chciałem zostać jeszcze w Warszawie i powalczyć o mistrzostwo Polski. Tak też się stało. Po zdobyciu mistrzostwa temat odejścia do Danii zupełnie upadł.

- Zdarza się Panu zostać czasem po treningu i w spokoju poćwiczyć jakieś elementy gry?

- Powiem w ten sposób - bezpośrednio po treningu raczej nie zostaje. Zaraz po zajęciach idę do szatni. Jeżeli już przychodzę to po południu. Robię sobie sam dodatkowy trening i to nawet dosyć często. Staram się jak najwięcej przebywać na boisku, trenować, bywa że korzystam z pomocy znajomych, kolegów, czasami nawet młodszych, Gram z nimi w siatko-noge, wykonuję różne ćwiczenia. Również trenuję bardzo dużo indywidualnie.

- W swej karierze jest Pan wciąż przez trenerów przestawiany między drugą linią a środkiem obrony. Która pozycja bardziej Panu odpowiada?

- Do Legii przechodziłem jako ostatni stoper, ale na tej pozycji w Legii zagrałem tylko kilka spotkań. Szybko zostałem przesunięty do linii pomocy i tam teraz najczęściej grywam. Z drugiej strony grając w Rakowie na pozycji środkowego pomocnika, kiedy to miałem bardzo dużo swobody i jedynym moim zadaniem było rozgrywanie piłki, strzeliłem sporo bramek i przez pewien czas byłem nawet czołowym strzelcem ligi. Każdy lubi przecież strzelać gole. Mnie jednak w tej chwili najbardziej odpowiada pozycja nie stricte defensywnego pomocnika, lecz jego bezpośredniego partnera, który ma zadania zarówno defensywne jak i ofensywne.


- A jak odniósłby się Pan do słów redaktora naczelnego tygodnika "Naszej Legii", który powiedział swego czasu, że po przejściu Jacka Zielińkiego na emeryturę to właśnie Jacek Magiera może zastąpić go na tej pozycji i podobnie zapisać się w historii klubu z Łazienkowskiej?

- Pamiętam, że kiedy przechodziłem do Legii za kadencji trenera Stachurskiego byłem szykowany właśnie do takiej roli. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby tak się stało. Myślę, że dałbym radę. Warunek jest jeden - muszę już zacząć na tej pozycji grać. Nie chcę oczywiście grać za "Zielka", bywa jednak, że ma on kontuzję lub pauzuje za kartki. Wtedy mógłbym nabierać doświadczenia. A tak niestety nie jest. Staram się zatem być zawodnikiem uniwersalnym - mogącym grać zarówno w obronie jaki i pomocy. Nie mogę się skoncentrować na grze na jednej pozycji, gdyż gram zwykle tam, gdzie zachodzi taka potrzeba.

- Od Pańskiego przyjścia do Legii przez Stadion Wojska Polskiego przewinęło się wielu trenerów. Warsztat którego ze nich najbardziej Panu odpowiadał? Z którym współpracowało się najlepiej?

- Jestem w Legii od
1997 roku i, o ile mnie pamięć nie myli, miałem w tym czasie styczność z dziesięcioma trenerami. Każdego z nich bardzo szanuje. Od każdego w mojej przyszłej karierze trenerskiej na pewno bym się czegoś mógł nauczyć. Zdarzały się jednak rzeczy, które mi się nie podobały. W tej chwili nie chciałbym za bardzo o tym mówić. Jest takie powiedzenie, którym od zawsze się kieruję: "Szanuj trenera swego, bo możesz mieć gorszego". Przecież każdy trener, który przyszedł do klubu był w pewnym sensie moim szefem.

- A teraz pytanie, którego nie może zabraknąć w wywiadzie z graczem naszej ekstraklasy: Jak ocenia Pan poziom polskiej ligi?

- Oczywiści można na coś psioczyć i tak też jest w tym przypadku - zawsze może być lepiej. Jednak wydaje mi się, że z roku na rok nasza liga staje się coraz bardziej wyrównana, coraz lepiej polskie drużyny grają w europejskich pucharach. To są pewne przesłanki, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

- Zostawmy może na chwilę współczesne wydarzenia i cofnijmy się trochę w czasie. W którym momencie kariery był Pan już w 100% pewien, ze zostanie zawodowym piłkarzem?

- Pamiętam, że gdy zaczynałem grać w piłkę nożną, trener Zbigniew Dobosz, mój piłkarski wychowawca, zawsze pytał nas czy chcemy być zawodowcami. Jeśli tak, to musimy bardzo dużo trenować i wkładać w trening wszystko co mamy, a nawet jeszcze więcej. Można powiedzieć, że to właśnie trener Dobosz nauczył mnie myśleć w ten sposób. On nakierował mnie na sportową drogę. Zatem mogę powiedzieć, że mniej więcej od wieku czternastu lat dążyłem ze wszystkich sił do tego, by zostać zawodowym piłkarzem. Od tamtej pory wszystko podporządkowałem uprawianej dyscyplinie. Oprócz tego, że trenowałem w klubie, trenowałem indywidualnie. Wszystkie moje sprawy podporządkowane były piłce nożnej. O szkole jednak oczywiście nie zapomniałem...


- Jak duży wpływ na Pańską karierę miał trener Zbigniew Dobosz, a jaki Andrzej Zamilski? Obaj panowie słyną ze znakomitej współpracy z młodzieżą. Czy mógłby Pan dokonać ich porównania, zarówno pod względem trenerskich umiejętności, jak i pracy poza boiskiem?

- Obaj wymienieni trenerzy to fantastyczni ludzie, którym bardzo dużo zawdzięczam. Jak już powiedziałem trener Zbigniew Dobosz nauczył mnie podstaw gry w piłkę nożną. To dzięki niemu grałem w reprezentacji i gram w Legii. Jemu zawdzięczam to, że doszedłem tak daleko i zawsze będę mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Jest to znakomity szkoleniowiec, który wychował kilka pokoleń dobrych piłkarzy. W tej chwili wziął się za pracę z młodzieżą w Rakowie i jestem pewien, że z tej mąki na pewno będzie w przyszłości chleb. O Zbigniewie Doboszu mogę mówić w samych superlatywach!
Podobnie zresztą jak o trenerze Zamilskim. Mój kontakt z nim był troszeczkę inny, ponieważ z trenerem Doboszem byliśmy na co dzień w klubie, zaś trener Zamilski prowadził mnie w reprezentacji juniorskiej. Odnieśliśmy razem wielkie sukcesy - zdobyliśmy mistrzostwo Europy, mistrzostwo Świata. Mogę powiedzieć, ze w tym okresie trener zastępował nam ojca. W 1993 roku na 365 dni w roku prawie połowę byliśmy na zgrupowaniach. Był to jedyny człowiek, który zawsze służył nam pomocą, zaś kiedy było trzeba - trzymał nas twarda ręką. Trener Zamilski to człowiek niezwykle sympatyczny, przyjazny, a do tego wielki autorytet dla nas wszystkich.

- W reprezentacji młodzieżowej zadebiutował Pan meczem z Rumunią. Proszę się przyznać, czy szesnastoletniemu wtedy Jackowi trzęsły się przed meczem portki?

- To było w Mirkowie w 1991 roku. Pamiętam ten mecz bardzo dokładnie. Graliśmy ze starszą o rok reprezentacją. Wystąpiłem na pozycji ostatniego stopera z numerem trzynastym na koszulce. Nie pamiętam, abym przed tym meczem jakoś szczególnie się denerwował. Na pewno jakiś dreszczyk emocji był, ale podszedłem do tego spotkania bardzo spokojnie. Wiedziałem, że jest to dla mnie szansa, która będę się starał wykorzystać. Byłem bardzo dobrze przygotowany psychicznie do tego wyzwania, wierzyłem w swoje umiejętności i że dam sobie rade. I dałem!
Zostałem w tej reprezentacji i rozegrałem do dziś aż 99 spotkań.



- Największą karierę z drużyny młodzieżowej do 16 lat zrobili Mirek Szymkowiak, Arek Radomski, Mariusz Kukiełka i Pan. Czy można powiedzieć, ze talent któregoś z Mistrzów Europy U-16 został zmarnowany? Czy jest taki zawodnik, który zapowiadał się wtedy znakomicie, a teraz z piłką nożną ma mało wspólnego?

- Każdy z moich kolegów, z którym występowałem w reprezentacji do lat szesnastu, miał bardzo duży potencjał i szanse zrobienia dużej kariery. Losy zawodników potoczyły się jednak różnie. Zdecydowanie najtrudniejszy jest przeskok z piłki juniorskiej do seniorskiej. Mnóstwo osób nie może odnaleźć się w tym okresie. Było wielu takich piłkarzy - Tomek Kosztowniak - uważany za wielki talent. Wojtek Rajtar - lider naszej reprezentacji. W tej chwili chyba nigdzie nie gra. Uległ poważnemu wypadkowi, ale był to zawodnik, który mógł zrobić ogromną karierę.
Nie zapominajmy, że w pierwszej lidze gra paru członków tamtej ekipy: m.in. Marcin Drajer, Maciek Terlecki, Andrzej Bledzewski, Marcin Szulik... Nie jest więc aż tak źle z tamtą reprezentacją. Każdy z nas rozwinął się prawidłowo, ale niektórym zabrakło siły przebicia lub po prostu szczęścia.

- Jaka panowała wtedy atmosfera w drużynie? Były tzw. "wypady na miasto" bez wiedzy przełożonych?

- Mieliśmy wtedy szesnaście, siedemnaście lat. Była to drużyna złożona z ludzi z różnych rejonów Polski. Każdy wprowadzał coś nowego, coś swojego, ale generalnie atmosfera była znakomita. Świadczą o tym przecież wyniki. Tam gdzie jest atmosfera są i wyniki. Zdobyliśmy bardzo dużo. Nie przeczę - był tez czas na zabawę, ale było to wszystko w normie, na zasadach godnych reprezentanta Polski.

- Jako obrońca "pojedynkował" się Pan z wieloma znakomitymi piłkarzami. Przeciwko któremu grało się najtrudniej?

- Szczerze powiem, że nie prowadzę obecnie klasyfikacji, który piłkarz najbardziej zaszedł mi za skórę. Pamiętam boje w Mistrzostwach Świata z nigeryjskim napastnikiem Nwanko Kanu, który w tej chwili gra w Arsenalu (jeśli się nie mylę...). Mogę powiedzieć, że właśnie on był zawodnikiem, który sprawił mi największe kłopoty...



- Który sukces uważa Pan za największy? Mistrzostwo Europy U-16 czy Mistrzostwo Polski z Legia? A może awans do ekstraklasy z Rakowem?

- Nie lubię bawić się w takie klasyfikacje. Wszystkie sukcesy - Puchar Polski, Superpuchar, jak i jeszcze wiele, wiele innych traktuje tak samo i nie sposób byłoby wymienić ten jeden. Początkowo największym moim sukcesem był debiut w drużynie Rakowa. To marzenie spełniło się w wieku szesnastu lat. W tym samym roku zdobyłem także Mistrzostwo Europy juniorów. Potem był brązowy medal na Mistrzostwach Świata i tak dalej... Awans do pierwszej ligi z Rakowem był wydarzeniem bez precedensu w Częstochowie. Pierwszy raz w historii częstochowskiej piłki udało się awansować do ekstraklasy. Każdy z tych sukcesów był fantastycznym przeżyciem, ale najbardziej smakował ten ostatni - mistrzostwo Polski z Legią. Czekaliśmy na nie sześć lat, feta po mistrzowskim tytule była więc niesamowita. Te wszystkie wydarzenia na długo zostaną w mojej pamięci. To chwile, których się nigdy nie zapomni i do których będzie się wracało z wielkim sentymentem.

- Zawodnikiem, z którym zagrał Pan najwięcej meczów w swojej pierwszoligowej karierze jest, wspomniany już, Jacek Zielinski. U jego boku wystąpił Pan aż 86 razy. Czy prawdą jest, że mając Jacka w drużynie, gra się zdecydowanie pewniej?

- Jacek jest, jak każdy zresztą wie, bardzo dobrym zawodnikiem, z którym gra się znakomicie. Jest piłkarzem niesamowicie
doświadczonym, który osiągnął w piłce naprawdę dużo. Ale jest też normalnym człowiekiem. Na boisku jest zwykłym kolegą i partnerem z drużyny. Sam fakt, ze z Jackiem rozegrałem najwięcej spotkań świadczy, że w jakiś sposób dobrze nam się gra razem i nieźle współpracuje. Trzeba jednak powiedzieć, że obrona kierowana przez Jacka gra dużo, dużo lepiej.


- A gdyby porównać Zielińskiego z legendą Rakowa - Andrzejem Wróblewskim. Od którego z nich nauczył się Pan więcej?

- Są to piłkarze grający bardzo podobnie. O Andrzeju Wróblewskim mogę powiedzieć tyle, że nie osiągnął w piłce tego, co osiągnąć powinien. Zadebiutował w ekstraklasie dopiero w wieku trzydziestu trzech lat. To bardzo późno. Od obu z nich nauczyłem się szalenie dużo. Andrzej był pierwszym moim idolem. Naśladowałem go na treningach i starałem się grać tak, jak on. Po przejściu do Legii zacząłem podpatrywać właśnie Jacka. To zawodnicy, którzy z powodzeniem mogliby grać w reprezentacji. Jackowi się to marzenie ziściło, Andrzejowi nie - z wiadomego względu - Raków nie był wtedy wielka drużyną. Porównanie ich jest zatem bardzo trudne. Zarówno o jednym, jak i o drugim mogę powiedzieć: To znakomity piłkarz!

- Do Legii przeszedł Pan, jak to się nieładnie mówi, "w pakiecie" z Pawłem Skrzypkiem. Ostatnio przeżywa on niemałe problemy natury dopingowej. Powiem szczerze, że nie chce mi się w to za bardzo wierzyć. Kto jak kto, ale Paweł byłby ostatnim zawodnikiem, którego posądziłbym o zażywanie środków dopingujących. Czy kontaktował się Pan z nim może? Co Pan sądzi o tej całej "aferze"?

- Z tego co wiem to sytuacja została wyjaśniona. Paweł niczego nigdy świadomie nie brał i te wszystkie perypetie spowodowane były jego kontuzją. Jestem przekonany o niewinności Pawła. Znam go bardzo długo, jest to zawodnik, który zawsze gra fair, i te jego problemy są jakimś przypadkiem. Jestem w stu procentach pewien, że kiedy Paweł wróci do gry więcej coś takiego nie będzie miało miejsca.

- Tradycja i symbolika Camp Nou w Barcelonie, żywiołowość kibiców z Estadio Mestalla w Walencji, czy nowoczesność Arena Auf Schalke w Gelsenkirchen? Który ze stadionów, na których miał Pan okazję zagrać, wywarł największe wrażenie?

- Zdecydowanie Camp Nou. Barceloński stadion jest najlepszy na jakim kiedykolwiek zagrałem. Pamiętam także obiekt w Tokio na Mistrzostwach Świata juniorów i fantastyczną atmosferę podczas meczu o trzecie miejsce. Bardzo żałuję, że nie zagrałem w meczu z Valencią, ale niestety nie dane mi było tam wystąpić - siedziałem na ławce rezerwowych.



- A jeśli chodzi o kibiców? Czy tym z "Żylety" dużo jeszcze brakuje do swych hiszpańskich kolegów?

- Fani są zupełnie inni w Polsce, Hiszpanii, Anglii, Niemczech... Na Camp Nou na przykład ludzie przychodzą jak do teatru. Zasiadają wygodnie w fotelach i każdą udana akcje - zarówno przyjezdnych jak i gospodarzy - nagradzają gromkimi brawami. Tak to odczułem. W Niemczech mecze są wielkimi piknikami. Przychodzą całe rodziny. Zasiadają, jedzą kiełbaski, pija piwo... U nas są kibice bardziej spontaniczni. Przez cały mecz (mówię tutaj o stadionie Legii, bo na innych stadionach różnie z tym bywa), od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty, starają się pomagać nam dopingiem. To świetna rzecz. Kibice Legii potrafią stworzyć niesamowitą atmosferę na stadionie. Choreograficzne pokazy na "Żylecie" w pewien sposób wpływają także na przyjezdnych, którzy zapamiętują te wydarzenia. Jednak jest jeszcze jedna rzecz, nad którą nasi kibice powinni trochę popracować - kiedy gra nam się nie układa. Wtedy ich pomoc jest tym bardziej potrzebna, muszą zatem je wydobyć z siebie jeszcze więcej i pokazać, jak potrafią dopingować.

- Na pewno nie należy Pan do boiskowych brutali. A wręcz przeciwnie - w pierwszej lidze czerwona kartkę dostałeś tylko raz, zresztą w
dość kontrowersyjnych okolicznościach. Kibice jednak zapamiętają Twoje przedwczesne opuszczenie boiska w rewanżowym meczu z Barceloną. Ten faul na Mendiecie był chyba tylko okazaniem sportowej bezsilności?


- Ta czerwona kartka nie miała żadnego wpływu na dalsze losy naszej potyczki z Barcelona. Zgadzam się, że była to w jakiś sposób bezsilność, bezradność, wobec tego, co działo się na boisku. Ponadto faul nie był chyba na Mendiecie, lecz na innym zawodniku, lecz to już nie ważne... Pierwsza żółta kartka, która dostałem niby za faul na Luisie Enrique nie powinna zostać pokazana, ponieważ piłkę wybiłem zupełnie czysto. Sędzia tutaj się wyraźnie pomylił. Jednak jeśli chodzi o tą drugą sytuację to przyznaję, że była to głupota z mojej strony. Nie powinienem był się tak zachować Karę poniosłem - nie zagrałem w następnym meczu z Utrechtem. Ale ogólnie - masz zupełną rację.

- Selekcjonerem reprezentacji Polski został niedawno Paweł Janas, którego zna Pan choćby z kadry olimpijskiej. Jak ocenia Pan tego szkoleniowca i jak wspomina z nim współpracę?

- Trenera Janasa znam bardzo. Byłem trzy lata kapitanem w prowadzonej przez niego "młodzieżówce". Jest to człowiek, który ma świetny kontakt z drużyną, potrafi zmobilizować, poprowadzić do sukcesu. Życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję że odniesie z reprezentacją duże sukcesy. Głęboko wierzę, że tak się stanie, ponieważ nazwisko Janas kojarzy mi się wyłącznie z sukcesem. Miejmy nadzieje, że nic się nie zmieni.

- Jaki typuje Pan wynik meczu Polska - Węgry? (rozmawialiśmy w piątek 28.03)

- Nigdy się nie bawię w typowanie wyników, ale chciałbym żebyśmy wygrali 3:1.

- W ostatnich latach przez Legię przewinęło się sporo piłkarzy związanych z Rakowem - Pan, Paweł Skrzypek, Tomek Kielbowicz, Marcin Bojarski. Skąd, według Pana, tak duże zainteresowanie Warszawiaków graczami "wykształconymi" w Częstochowie?

- Tu właśnie potwierdza się to, że Częstochowa zawsze słynęła z bardzo dobrych piłkarzy. Sam fakt zainteresowania się Legii wymienionymi zawodnikami o tym świadczy. W samym pytaniu widać, że Częstochowa jednak zasługuje na pierwszą ligę...

- Czy istnieje, Pana zdaniem, szansa zorganizowania w Częstochowie meczu z udziałem wszystkich byłych piłkarzy Rakowa - z Panem, Tomkiem Kiełbowiczem i Jackiem Krzynówkiem na czele?

- Muszę przyznać, że taki pomysł jest. Mecz zostanie rozegrany prawdopodobnie 7 czerwca tego roku, a głównym "powodem" jest dziesiąta rocznica zdobycia Wicemistrzostwa Polski Juniorów przez drużynę Rakowa (ze mną w składzie). Mamy już wstępnie ustalony termin. Większość zawodników, którzy grali w tym klubie za "pierwsziligowych" czasów, wyraziło chęć zagrania na stadionie Rakowa. Chcemy coś takiego zorganizować na 82 rocznicę istnienia klubu. O 80 rocznicy ówcześni działacze w ogóle zapomnieli, dlatego w tym roku zamierzamy zrobić kibicom taką miłą niespodziankę. Miejmy nadzieje, że inicjatywa ta spotka się ze sporym zainteresowaniem i przypomnimy sobie chwile, gdy stadion przy ulicy Limanowskiego wypełniał się po brzegi. Marze o tym, aby kiedyś te czasy wróciły do Częstochowy.

- Do dziś można Pana spotkać na czwartoligowych meczach Rakowa. Skąd tak duże przywiązanie do klubu?

- Ja o Rakowie nigdy nie zapomnę. Ten klub wychował mnie jako piłkarza. W tym klubie spędziłem całe swoje dzieciństwo. Od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych przebywałem na stadionie. Tego się nie zapomina! Sentyment pozostał i będę z tym klubem zawsze, nawet gdyby (odpukać!) Raków grał gdzieś w A-klasie. Jeżeli tylko mam czas - jestem na meczu. Bardzo głęboko wierzę, że Raków się odrodzi i, być może przy mojej pomocy, awansuje do wyższych lig.

- A jeśli odszedłby Pan z Legii i nastepnego dnia dostał ofertę powrotu do Rakowa - zgodziłby się Pan? >

- Ja w ogóle planuję za kilka lat wrócić do Częstochowy. Nie wiem jeszcze w jakim charakterze. W chwili obecnej Raków gra w czwartej lidze, co jest bardzo przykre. Żałuję, że klub z takimi tradycjami pałęta się gdzieś po niskich klasach rozgrywkowych i że ludzie, którzy rządzili w mieście w ostatnich latach doprowadzili do takiej sytuacji. Klub, który przez osiemdziesiąt lat budował swoją pozycję w polskim futbolu nie może w ten sposób upaść...

- Co chciałby Pan robić po zakończeniu kariery?

- Chciałbym zostać przy sporcie i robię wszystko, aby w przyszłości zostać trenerem piłki nożnej. W wolnych chwilach, kiedy tylko mam urlop, staram się prowadzić rożnego rodzaju zajęcia z młodymi zawodnikami, podpatrywać starszych trenerów, ich szkoleniowe metody. Przede wszystkim chciałbym zostać przy piłce. Może dane byłoby mi poprowadzić jakąś reprezentację juniorską? Takie są w tej chwili moje skromne marzenia.

- Tuż przed świętami zorganizował Pan w Częstochowie, już po raz drugi zresztą, turniej trampkarzy. Czy mógłby trochę przybliżyć ową ideę?

- Turniej ma na celu propagowanie piłki nożnej w Częstochowie, która niestety w ostatnich latach trochę podupadła. W Rakowie zawsze była bardzo zdolna młodzież, która wybijała się nawet na arenie międzynarodowej. Nazwiska na przykład Jerzego Brzęczka, srebrnego medalisty olimpijskiego, a wychowanka częstochowskiego klubu, czy innych reprezentantów rożnych kategorii wiekowych, mówią same za siebie. W Częstochowie jest bardzo dużo zdolnej młodzieży i te turnieje są właśnie po to, aby młodzież ta uprawiała sport. Choćby nawet jeden zawodnik, który brał udział w tego typu turnieju zrobił w przyszłości jakąś karierę, będziemy mieli z tego niezmierną satysfakcję. Wiadomo jakie są w tej chwili czasy. Sport uczy charakteru. Wiadomo, że człowiek uprawiający lepiej sport da sobie później w życiu radę i nie podda się zbyt łatwo. Ma zajęcie, nie będzie szaleć gdzieś pod klatkami, nie pije piwa i nie używa różnych innych rzeczy. Jest ukierunkowany, aby za wszelka cenę dążyć do celu i aby jego życie było poukładane. I o to właśnie chodzi! Chcemy zrobić coś dla tych młodych ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą kim będą w przyszłości. Chcemy im po prostu pomóc...



- W jednym z wywiadów jeszcze z czasów gry w Rakowie na pytanie o hobby odpowiedział Pan: "Gra na akordeonie". Muszę przyznać, że informacja ta bardzo mnie zainspirowała. Mógłby nam Pan przybliżyć pańską przygodę z owym instrumentem muzycznym?

- To prawda, grałem kiedyś na akordeonie. Występowałem nawet w zespole muzycznym! Mam na koncie mistrzostwo województwa wraz z moją grupą! Sporo grałem na owym instrumencie, jednak od pięciu, sześciu lat w ogóle nie miałem go w ręku. Ostatnio nawet przekazałem akordeon do szkoły muzycznej, aby się mogli kształcić ludzie bardziej zdolni ode mnie. Wiele dzieci nie stać na instrument, niech grają więc na moim. Może dzięki temu wyrośnie jakiś talent - kto wie? Początkowo traktowałem to bardzo poważnie i dużo ćwiczyłem. Będę trochę nieskromny, ale przyznam, że szło mi całkiem nieźle. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że gra w piłkę idzie mi lepiej i akordeon poszedł w odstawkę. Musiałem wybrać - albo kariera muzyka, albo kariera piłkarza - postawiłem na to drugie i mam nadzieję, że się nie pomyliłem.

- Ma Pan może jakiś ulubiony zespól muzyczny? Może wykonawcę?

- Nie mam żadnego ulubionego zespołu muzycznego, ani tez wykonawcy. Zazwyczaj staram się słuchać radia, tego czym raczą nas ludzie tam pracujący. Ale najbardziej lubię muzykę łatwą i przyjemna - czyli taką, przy której można się zrelaksować, odpocząć...

- Kto wymyślił Pana boiskowy pseudonim - "Magic"?

- Szczerze przyznam, że nie wiem. Nie pamiętam, ale ochrzczony zostałem tak już po przejściu do Legii, wiec
na pewno ktoś z Warszawy.

- Przejście do Legii wiązało się na pewno ze sporą podwyżką. Rozumiem zatem, że pożyczony od ojca Polonez Caro, poszedł na zasłużony odpoczynek. Czym Pan teraz jeździ?

- Nie przywiązuje zbyt dużej wagi do samochodów. Najważniejsze, by był bezpieczny, wygodny i dowiózł mnie tam, gdzie chce dojechać... A w tej chwili jeżdżę Seatem Toledo.

- Być może niewielu kibiców o tym wie, ale ma Pan własną stronę internetową, która zresztą prosperuje znakomicie. Pełno tam ciekawostek, statystyk, zdjęć... Skąd pomysł stworzenia czegoś takiego?

- Autorem pomysłu powstania strony jest Piotrek Skalski, mój przyjaciel z Częstochowy. Znamy się z osiedla. Kilka lat temu Piotrek wyjechał do Kanady i po jakimś czasie zaproponował zrobienie strony. Nie miałem oczywiście nic przeciwko. Muszę przyznać, że to co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiedziałem, że Piotrek ma aż tyle wiadomości o mnie. Zrobił to bardzo fajnie i profesjonalnie. Myślę, że większość piłkarzy i sportowców powinna mieć takie strony. To świetna sprawa i znakomita gratka dla każdego kibica. Zapraszam zatem na magiera.orchas.pl!

- Bardzo dziękuję za wywiad i mam nadzieję, że te kilkadziesiąt minut przerwy w treningu nie wpłynie jakoś negatywnie na Pana pozycję w Legii... Jeszcze raz bardzo dziękuję w imieniu wszystkich czytelników!

- Ja również serdecznie dziękuję i zapraszam na polskie stadiony. Niezależnie, czy jest to pierwsza, czy czwarta liga! Kibicujcie polskiej piłce!

- No i jeszcze Pan zapomniał gdzieś zaprosić...

- Czyżby?

- Yyyy, no na CM Revo...

- Ach tak, istotnie. Zapraszam wszystkich na CM Revolution!




Autorzy wywiadu:


ZDANIEM CZYTELNIKÓW CM REVOLUTION

INFORMACJE o TEKŚCIE

Wywiady

Jacek Magiera specjalnie dla CM Revolution

@Aiden, 31.03.2003 19:48, czytano: 14237 razy

+14

Reklama