ARTYKUŁY

Prolog: „Czy to jest dworzec główny?”

Pociąg relacji Białystok – Poznań. Wagon numer 6. Dźwięk nadchodzącego sms’a przerywa ogólnie panujący nastrój kontemplacji. Treść brzmiała dość enigmatycznie, ale odbiorca wiedział co się z tym wiąże. Szybka odpowiedź i kolejny sms: ‘Będę w niebieskiej koszulce, białych spodenkach i w okularach’. Wszystko jasne. Pociąg zatrzymuje się na Dworcu Centralnym w Warszawie. Do wagonu wchodzi bliżej nieokreślony osobnik o podanym rysopisie. Chwila niepewności, głębokie spojrzenie i rozwiewające cały suspens słowa:
- De Raph?
- Jasne! Cześć.
- Jestem Dudas.
Osobnik znany jako Antoine De Raph nieśmiało przekracza próg przedziału. Wewnątrz oprócz Dudasa znajdują się jeszcze FYM i Vami. W ten supertajny sposób skompletowana została grupa operacyjna Kurpie-Podlasie.


Rozdział 1: „W jakim miesiącu jest wigilia?”

Był piękny sierpniowy poranek. Dzień niby jak każdy inny, a jednak inny. Tego dnia rozpoczął się długo przez wielu oczekiwany wypad do Sierakowa. Gości zaanonsowało się kilkunastu, co miało oznaczać kilkusetprocentowy wzrost w porównaniu do poprzedniego zjazdu (dla przypomnienia: Łódź 2001). Organizator jakim był Qcz stanął na wysokości zadania i wybrał znakomite miejsce pełne atrakcji turystycznych i okołoturystycznych, co zapewniło bardzo dobrą zabawę wszystkim uczestnikom.

 

Po wysiłku sportowym należał się nam wypoczynek nad pobliskim jeziorem. Od lewej: Qcz - Suchyy - Fubert - Sopell - Nigel - kDAN - Adel - Morfik - Łonio - Konkurent. Promienie słoneczne szybko poprawiły i tak już bardzo dobre samopoczucie



Jako punkt zborny (Warcraft III rządzi!) wybrany został Dworzec Główny w Poznaniu, gdzie integrację rozpoczęli: FYM, Vami, Dudas, A. De Raph, Suchyy, kDAN, Adel, Fatboy oraz miejscowi: Qcz i Barola. Po bliższym zapoznaniu cała ekipa dziarsko ruszyła w kierunku Dworca PKS. Z racji, że do odjazdu autobusu do Sierakowa, grupa udała się po ‘zaopatrzenie’ do pobliskiego sklepu monopolowego (pobliski: pojęcie względne :P), dzięki czemu ww. autobus był bardzo wesoły i głośny. Ekipa mocno próbowała namówić A. De Rapha do wydania z siebie głosu (bo wyszło na jaw, że wybiera się do Idola), ale ten nie uległ i ostatecznie głosu nie wydał – czemu trudno się dziwić, gdyż na fotelu z prawej strony pewna młoda dama dość okazale prezentowała swoją kobiecość, co uniemożliwiało skupienie się na czymkolwiek innym. W tak ekstremalnych warunkach, po około 100 minutach jazdy, wycieczka dotarła do celu swojej podróży. Już na miejscu do ekipy dołączył reprezentant ziem zachodnich – Nigel. W ośrodku, w którym grupa miała spędzić uroczy weekend, ujawniła się znana w całym świecie staropolska gościnność. Związane było to z tym, że Suchyy dysponował urządzeniem o nazwie piłka nożna, do którego to próbowali dobrać się niemal wszyscy uczestnicy zjazdu. Nie spodobało się to jednak jakiemuś miejscowemu klientowi, który powiedział (wywrzeszczał), że parking to nie miejsce na grę i że za takie akcje wyrzuci nas z ośrodka. Miły gość, no nie? Kiedy wreszcie Qczowi udało się rozwiązać wszelkie problemy organizacyjno-finansowe z paniami z recepcji, jedna z tychże pań zaprowadziła całą ekipę do tzw. domków. Po drodze natknęliśmy się na pewnego Osobnika ubranego na niebiesko, którym okazał się AmicaFan. Domki były całkiem, całkiem. Do dyspozycji dostaliśmy cztery. Każdy był czteroosobowy i posiadał kuchnię i łazienkę. Były nawet naczynia, co na pewno ucieszyło osoby lubujące się w tzw. 'high standard'. Po tzw. ‘rzuceniu klamotów’ (pod tym pojęciem należy rozumieć m.in. włączenie ładowarek do telefonów ;) ) nastąpiło poszukiwanie sklepu z prowiantem. Sklep ten był dość znacznie oddalony, ale nie
przeszkadzało to nikomu, aby się do niego wybrać. Stojąc w kolejce po produkty przemysłu browarniczego, nawiązała się dyskusja, na temat kto jest najmłodszym uczestnikiem zjazdu. Kandydatów było dwóch: kDAN i Dudas. Ostatecznie zwyciężył ten drugi, mówiąc, że urodził się w Wigilię Bożego Narodzenia. Oponent rozpaczliwie szukał swojej szansy na zwycięstwo, pytając, o jaki miesiąc konkretnie chodzi, ale niestety to pytanie ostatniej szansy nie pomogło mu wygrać tej batalii. Zakupy były duże i ciężkie, ale nikt nie cierpiał z tego powodu. Burżujskie zapędy przejawiał De Raph, który stwierdził, że impreza nie może odbyć się bez Martini, w czym wtórował mu inny wschodni burżuj – FYM. Czytający ten tekst o bardziej ścisłych umysłach, z zapędami dziennikarsko-detektywistycznymi zaczną pewnie się zastanawiać: domki były cztery po cztery, a osób naliczyć się można dopiero około 12. Odpowiedź jest prosta: grupy zmotoryzowane: ‘Pomorze’ (Konkurent, Morfik, Fubert i Łonio) i Jednoosobowa Silna Grupa Pod Wezwaniem Ojca Przeora Kordeckiego czyli w skrócie Sopell dotarły do Sierakowa z opóźnieniem. Po przywitaniu tychże osobników – które było przeprowadzone w iście bizantyjskim stylu – można było uznać zjazd za otwarty.


Rozdział 2: „Co się stało z moją kołdrą?”

Kiedy zjazdowicze uznali że już wszyscy są, kilku z nich stwierdziło, że skoro na miejscu nadarzyła się kombinacja pt. piłka+boisko, to należy z niej niezwłocznie skorzystać. Niestety nie udało się wonczas namówić wszystkich, gdyż część grupy uznała, że na razie woli zwiedzać piaszczyste tereny wokół plaży (tak – była tam plaża, molo i inne bajery, ale o tym później), niż trawiaste okolice lokalnego stadionu. Ta część, która wybrała grę (a konkretnie: FYM, Vami, Dudas, Qcz, Nigel i A. De Raph) natrafiła akurat na grupę młodzieży mającej aspiracje być gwiazdami kolejnych wersji CM-a. Po krótkich negocjacjach między federacjami udało się doprowadzić do towarzyskiego spotkania. Niestety zgranie, lepsze przygotowanie kondycyjne oraz warunki atmosferyczne (mecz kończył się przy całkowitej ciemności!) spowodowały, że mecz zwyciężyła drużyna przeciwna. Niesamowitym wyczynem popisał się zjazdowicz FYM, który strzelił dwie bramki... po jednej dla każdej drużyny. Bramka dla „naszych” to cudowne wkręcenie piłki z rzutu rożnego. Bramka dla przeciwników to próba wykopania z końcowej linii boiska stojąc plecami do kierunku strzału. Piłka poleciała w kierunku bramkarza, odbiła się od niego i wpadła do bramki – nawet nie pytajcie jak on to zrobił. W międzyczasie grupa, która nie oddała się rekreacji czynnej, postanowiła się wybrać w okolice plaży, gdzie odbywała się dyskoteka. Jednak kilkadziesiąt metrów od naszych domków została zatrzymana przez pewną rodzinkę. Szczególną uwagę uczestnicy zwrócili na ich córkę (ciekawe dlaczego?). Na pytanie czy może iść z nimi (kilkunastu napalonych samców!), rodzice z humorem odpowiedzieli że tak – ale dopiero za dwa lata. :( W czasie bardzo miłej rozmowy, ci mili państwo postanowili ugościć grupę papryką! Była to papryka przyrządzana według domowego sposobu, jednak była mega-ostra, można rzec – śmierć w ustach. Pierwszy, nieświadom swoich czynów, skusił się Adel. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało nie dał po sobie poznać, że przełyk już ma dawno spalony. Kolejnym odważnym był Fatboy. Po popiciu papryczki piwem, chyba już do końca życia nie będzie mógł spojrzeć na to warzywo. Kolejnych śmiałków już nie było. Po rzewnym pożegnaniu ekipa podążyła na dyskotekę. Został tylko AmicaFan (miał już kilka promili!), który wyraźnie bliżej się z tymże państwem zaprzyjaźnił. Do tego stopnia, że degustował nawet jeszcze kolejne potrawy. Dyskoteka znajdowała się na powietrzu, jedynie pod dachem. Niektórzy „wkręcili się” w tłum, mając za punkt honoru bliższe zapoznanie z tutejszymi dziewczynami. Pozostali sącząc piwko dostrzegli fajną zabawkę. Była to tzw. „grucha”
(urządzenie do mierzenia siły uderzenia pięścią). Kilku śmiałków postanowiło je sprawdzić. Prawdziwym gladiatorem okazał się Adel, a jego rekord (821!!) był najlepszym wynikiem w całym Sierakowie! Kilku śmiałków próbowało go pobić (nie dosłownie!), ale nie było mocnych na naszego mistrza. Kiedy już nastał wieczór, obie grupy powróciły do domków i po krótkiej regeneracji nastąpiło spotkanie integracyjne przy piwie i nie tylko (wyżej wspomniane Martini). W pewnej chwili obywatel Fatboy zaprezentował się w nowej kreacji: był ubrany – jak na Prawdziwego Polaka przystało – w flagę narodową (którą zdobył wespół z Morfikiem w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach) i... w koszulkę po wsze czasy piastowskiego klubu – Celticu Glasgow. Impreza trwała długo i hucznie, ale w końcu nastał jej koniec i powrót do swoich legowisk.

 

Pierwsza noc obfitowała w ciekawe wydarzenia. W niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła kołderka FYM'a :). Zaś  Fatboy ze swoim odważnym kolegą zdobyli flagę narodową o, którą przyszło im się zmierzyć z wrogo nastawionymi nieznajomymi. Jak na prawdziwego Polaka przystało Fatboy o ojczyznę walczył w koszulce...Celticu Glasgow :>>>



Niezbyt miła niespodzianka spotkała FYM’a, który po dotarciu do swojego łóżka, dostrzegł brak kołdry. Debata na temat, jakim cudem niemałe całkiem urządzenie wybyło z domku, trwała jakiś czas, aż w końcu FYM – niezrażony tym incydentem rodem z Archiwum X – poszedł spać.


Rozdział 3: „Chcecie banana?”

Następnym dniem pamiętnego zjazdu była sobota. Jako, że uczestnicy do śpiochów nie należeli, większość obudziła się wczesnym rankiem. Piękne słońce zachęcało wręcz do opuszczenia swoich ‘nor’ i oddania się medytacji (filtr UVA + piwo). W okolicach południa, kiedy słońce dochodzi zenitu i każdy normalny człowiek szuka jakiegoś zbawiennego kawałka cienia, genialni zjazdowicze (nie wszyscy ofkors – jeszcze ktoś pomyśli że to wycieczka z zakładu dla obłąkanych) stwierdzili, iż znowu muszą zagrać w piłkę – tym razem w większym gronie.

 

Beczka piwa była nagrodą w konkursie bananowym. Perspektywa wygranej zmotywołała nas do wystawienia 2 drużyn. Na zdjęciu nasza druga ekipa w składzie: Adel - Morfik - Fubert. Chęci były wielkie.



Tym razem na boisku poza nami nie było nikogo, więc z pełną kulturą mogliśmy zagrać sobie meczyk. Tym razem piłkę widzieli wszyscy, dzięki czemu padło dużo bramek. Mimo, iż wszyscy ledwo poruszali kończynami, nikt nie zrejterował z placu boju, co zaowocowało globalnym spadkiem wagi uczestników zjazdu, który to spadek został szybko powstrzymany dzięki kolejnym dostawom złocistego płynu. Można rzec, iż czas wczesnopopołudniowy minął na pieszych wycieczkach na trasie domek-plaża-sklep, przy czym kombinacje były dowolnie stosowane. To jednak było tylko coś, co można nazwać ciszą przed burzą. Pozorne lenistwo było niczym innym jak przygotowywaniem zjazdowiczów do lokalnej atrakcji dnia, jakim był drużynowy konkurs ujeżdżania tzw. banana uczepionego za łodzią motorową. Znakomitą motywacją był fakt, że główną nagrodą w tym turnieju była beczka piwa. Jako, że – jak już na wstępie zostało powiedziane, uczestników było siła – wystawiliśmy dwa supermocne składy: kDAN, Sopell, Suchyy, Fatboy na bananie nr 1 i Adel, Morfik i Fubert na bananie nr 2. Magia nagrody działała na wszystkich, ale niestety – zjazdowicze okazali się być jak Polska na MŚ – mocni tylko na papierze. Rzeczywistość była jak wynik meczu z Portugalią – brutalna. Dla obu ekip barierą graniczną był moment pierwszego skrętu motorówki – czyli około 12 sekund. Niestety słowa przeboju znanego kabaretu: „siądź kochana na kolanka, to pokażę ci bananka” zupełnie nie trafiły w dyspozycję naszych teamów. Niezrażeni niepowodzeniem (żal trochę tego piwa...), zjazdowicze zaczęli
planować sobie dalszą część dnia. Podjęcie decyzji tym razem było łatwe, bo praktycznie od poprzedniego wieczoru wiedzieliśmy, że nastąpi to co nastąpiło. A mianowicie – po raz trzeci na zjeździe nasze nogi zamierzały powędrować na boisko – dopiero teraz w komplecie (a nawet w nadkomplecie, ale o tym później). Rozentuzjazmowani tym faktem, po krótkim relaksie ‘pobananowym’, ruszyliśmy w kierunku murawy. Entuzjazm przygasł, kiedy oczom naszym ukazał się plac gry niemalże w całości zajęty przez młodzież (tę samą która dzień wcześniej złoiła skórę reprezentantom zjazdu). Konsternacja. Chwila burzliwych obrad i decyzja: bierzemy kawałek boiska, ustawiamy kamienie i gramy na czymś takim. Wprowadzenie uchwały w życie nie trwało nazbyt długo, więc po chwili można już było zorganizować jakieś rozgrywki. Boisko nie było zbyt duże, więc trzeba było podzielić się na trzy drużyny. Każdy grał z każdym a mecze kończyły się po upłynięciu regulaminowego limitu czasu. Wynik remisowy oznaczał zaniechanie limitu czasowego i oczekiwanie na złotego gola. Ten miniturniej wykreował dwie gwiazdy: Fatboya, który szalał na całej szerokości boiska i strzelał gola za golem oraz Fuberta, który niczym Oliver Kahn stawał na drodze każdego rozjuszonego napastnika drużyny przeciwnej. W tym miejscu wyjaśnić pora, skąd pojawiło się wcześniej pojęcie nadkompletu. Otóż ten nadkomplet przejawił się w osobie Charlee’go, który niespodziewanie dla wszystkich pojawił się na zjeździe. Te niezbyt komfortowe warunki zakończyły się w momencie opuszczenia boiska przez innych rezydentów. Wtedy poszliśmy na całość. Dwie superdrużyny, grad bramek, cudowne zagrania, nieprawdopodobne parady bramkarzy – było na co popatrzeć. Sportowe uniesienie niestety tak jak każda inna czynność, kiedyś dobiega końca. W tym przypadku sygnałem ogłaszającym koniec, było któreś z rzędu wybicie piłki w krzaki. Po wyczerpującym dla wszystkich meczu część grupy udała się do domków, a część – do jeziora.


Rozdział 4: „Jesteście kibicami Legii?”

Kolejny wieczór zapowiadał się nadspodziewanie interesująco. Gospodarze ośrodka stwierdzili, iż umilą gościom wieczór i na dowód tego zorganizowali koncert świetnej grupy Raz, Dwa, Trzy... Z racji niezbyt wielkiego oddalenia domków od sceny, nikt nie miał ochoty ruszać się z miejsca, gdyż i tak było wszystko słychać. Wieczorna impreza zgromadziła wszystkich uczestników w jednym domku, gdzie napoje procentowe lały się hektolitrami. Niestety około godziny 23.00 zjazd musiał opuścić Charlee. Po jego wyjeździe kilku zjazdowiczów udało się w okolice ‘imprezowni’. Tam znowu poszła w użycie grucha (Adel rządził niepodzielnie) ale nie tylko. W pewnej sielskiej anielskiej chwili do grupy podszedł nieznany jegomość, którego jedyną charakterystyką były dredy koloru blond. Tenże koleś po chwili wypowiedział wiekopomne słowa, z których zawiązał się ten oto dialog:
- Przepraszam, czy jesteście kibicami Legii?
- A o co chodzi?
- Bo właśnie jakiś kibic Legii nap*** naszego kumpla.
- I co w związku z tym?
- Szukamy chętnych na odsiecz dla niego.
W tym momencie przez głowy wszystkich niczym wolny elektron przewinęła się myśl, że tym kibicem może być Morfik, którego ‘legijność’ była powszechnie znana. Celem uzyskania bliższych informacji padło pytanie:
- Czy ten kibic jest łysy i niski?
Chwila niepewności wdarła się w umysł tego blond-rastamana, który chyba stwierdził, że chyba i tak już za dużo powiedział. Wycofanie się na z góry upatrzone pozycje było niemal przesądzone. Tak też było w rzeczywistości:
- No w sumie to nie wiemy.
I tak dobiegła końca bardzo pouczająca rozmowa z przemiłym osobnikiem. Nastąpił powrót do domków. Imprezowanie toczyło się powoli i w różnych konstelacjach, gdy nagle około 2.00 pojawił się Fatboy i z rozbrajającą szczerością zasygnalizował fakt swojego niepocieszenia po tym, jak pewien gość rozpłakał mu się po uprzednio otrzymanym przezeń ciosie. Ten fakt
musiał odznaczyć się znacznie w psychice zjazdowego Larssona, gdyż nie tak długo po tym zdarzeniu został on znaleziony śpiącym na sedesie w pozycji ‘na Sokratesa’. Kto myślał że to koniec wrażeń, był w błędzie, gdyż około 3.00 z wojaży wrócił wcześniej już wspomniany Morfik bez koszulki, dzierżąc w ręce kawałek talerza, i z miną przypominającą skrzyżowanie Godzilli z Wojowniczym Żółwiem Ninja wypalił - a raczej wyrzucił z siebie jak karabin maszynowy, parę zdań nie nadających się do zacytowania, do których wszelki komentarz jest raczej zbędny.

 

Pracowity dzień dał się we znaki Baroli. Poznaniak musiał w pewnych momentach zamykać powieki. O ile się nie mylę były to okolice 2:00 w nocy :) Kolegę wspierają ;) Nigel, kDAN i bezgłowy Adel



Tytułem nawiasu, stwierdzić trzeba, iż ostatecznie drastycznych scen nie było, aczkolwiek w tzw. międzyczasie kDAN udowadniał swoją wyższość nad jakimś niezbyt przyjaźnie nastawionym motocyklem (motor poddał się w trzeciej rundzie). Tego wieczora – nie licząc mało istotych faktów jak przybycie do domku zajmowanego przez De Rapha, Vamiego i Dudasa pewnego osobnika, o specyficznym sposobie witania się z nieznajomymi (coś w rodzaju Sieg! Heil!) nic się już nie działo. Wszyscy wreszcie poszli spać, aczkolwiek kołdra FYM’a się nie odnalazła, więc biedak drugą noc spędził okryty cieniutkim, jak schabowe na stołówce, kocykiem.


Epilog: „To kiedy robimy powtórkę?”

Ostatni dzień zjazdu, czyli niedziela upłynął praktycznie pod znakiem pożegnań i kombinacji czasowo-transportowych. Pożegnania, jak to bywa, były rzewne i długie. Nie obyło się oczywiście bez pamiątkowego zdjęcia, które zrobiła nam miła pani z sąsiedztwa. W zamian za tę usługę, na fotografii umieszczona została inna miła pani. Jakieś było zaskoczenie, kiedy ta pani zaproponowała, aby w miejsce standardowego ‘cheese’ (wersja dla FYM’a: ‘chess’ ;) ) krzyknąć chórem: L*** (tu nazwa popularnego stołecznego klubu sportowego) K***! (tu nazwa jeszcze bardziej popularnej profesji). W ramach pozostawiania po sobie porządku, ułamany został jeden ze schodków (rewanż za kołdrę). Kiedy wszyscy już się spakowali, nastąpił rozjazd. Najbardziej uczynnym człowiekiem okazał być się Sopell. W swojej Corsie zmieścił poza sobą pięć osób: Fatboya, Vamiego, De Rapha, Dudasa i FYM’a. Jak się oni tam zmieścili? WinZip wysiada. Ta piątka pożegnała się z Sopellem w Posen, po czym ruszyła w kierunku dworca. Tam nastąpiło ostateczne rozbicie grupy ‘Wschód’ i koniec zjazdu.

 

Ostatnie chwile przed wyjazdem. Cała paczka CM + miła nieznajoma. Łonio - Suchyy - kDAN - Sopell - Qcz - Fatboy - Morfik - Adel - Vami - Fubert - De Raph - Dudas - FYM - Konkurent - Barola - Nigel. 16 wspaniałych, którzy stawili się w Sierakowie (swoją obecność zaznaczyli również AmicaFan i Charlee)



Następny będzie... no właśnie – kiedy? Jako uczestnicy zjazdu mamy wspólną nadzieję, że przyszły zjazd będzie nie mniej udany od tegorocznego. Miejmy nadzieję, iż znajdzie się jeszcze więcej zapaleńców z całej Polski, którzy będą mieli ochotę spędzić trochę czasu z innymi pasjonatami CeeMa. Że znajdą się kolejni tak samo zdeterminowani jak Qcz, którzy doprowadzą do tego, że ten zjazd się odbędzie. Kto wie? Może za parę lat doczekamy się takiej sytuacji, że chętnych będzie tylu, że trzeba będzie przeprowadzać elekcję w rodzaju wyboru gospodarza Igrzysk Olimpijskich. Marzenia? Może i tak, ale dobrze jest mieć cel, do którego należy dążyć – im ambitniejszy tym lepiej. I oby tak było.

 

Text by: Antoine De Raph
Współpraca: FYM oraz Qcz



Posłowie

Tekst jest w pewnej części fabularyzowany, więc proszę nie przysyłać zażaleń typu: „naprawdę było inaczej”. Starałem się opisać
wszystko jak najbardziej ciekawie, więc ciut ‘ubarwiałem’ niektóre wydarzenia. Zarazem chciałem aby było to napisane rzetelnie, dlatego zwróciłem się do FYM’a i Qcza z prośbą o pomoc w rekonstrukcji wydarzeń, bo pamięć jest zawodna, a poza tym nie we wszystkim wszyscy brali udział. Liczę się z tym, że nie wszystko się tu znalazło i że jest to – mimo wszystko – pisane z jednej perspektywy. Cóż, taki jest urok kronikarza. Gall Anonim też nie o wszystkim pisał...

Słowa kluczowe: relacja scena zjazd

Zobacz także

  • Kategoria
  • Tytuł materiału
  • Autor
  • Kiedy
FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update Plik dodający do Football Managera opcję gry w niższych ligach polskich!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
Aktualizacje i dodatki Uaktualnienia, nowe grywalne kraje i inne nowości ze światowej sceny.
Talenty do Football Managera Znajdziesz u nas setki nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
Polska baza danych - dyskusja Masz uwagi do jakości wykonania Ekstraklasy lub 1. ligi? Napisz tutaj!
Copyright © 2002-2018 by FM Revolution
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.